Fakty o in vitro

 

Metoda in vitro NIE JEST„wysublimowaną formą aborcji” 

Osoby dotknięte problemem niepłodności to ostatnia grupa społeczna, która poddałaby się zabiegowi aborcji. 

Można tylko podejrzewać, jakie są podstawy takiego argumentu. Prawa natury są nieubłagalne. Nie ma skutecznych metod oceny potencjału ludzkich gamet, czyli komórki jajowej (można ocenić jedynie stopień jej dojrzałości) i plemnika, dlatego udaje się poddać zapłodnieniu średnio tylko 60-70% komórek jajowych i tylko w połowie przypadków można znaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy. Dodatkowo aż ok. 70% zarodków (generalnie, także w tzw. "naturze") jest obarczonych wadami genetycznymi, które uniemożliwiają ich dalszy rozwój. 

Wiele z zarodków nie przeżywa, jednak nie jest to jedynie winą zastosowania metody in vitro. Przecież przy zapłodnieniu naturalnym szacuje się, że 50-70% poronień to poronienia subkliniczne, czyli takie, gdzie ciąża nie była jeszcze zdiagnozowana. Kobieta traci więc dziecko, nie mając nawet świadomości jego istnienia. 

Statystyki w obu przypadkach są porównywalne, jednak w przypadku ciąży naturalnej nikt nie nazywa poronienia aborcją. Dla osób dotkniętych niepłodnością jest to dyskryminacja. Dla osób niepłodnych to nie są jakieś tam embriony, ale dzieci. I mając świadomość ich istnienia, w przypadku poronienia przeżywają to jak stratę najbliższych osób.

In vitro JEST metodą leczenia 

Często słyszy się, że in vitro to żadna metoda leczenia, ponieważ "niepłodny po in vitro dalej jest niepłodny". „Metodą leczenia” jest każde działanie medyczne, które ma na celu wyeliminowanie przyczyny lub skutku choroby. Jeśli skutkiem niepłodności jest niemożność zajścia w ciążę, a właśnie IVF to umożliwia, to czy nie jest to jednak metoda leczenia niepłodności? 

Argumentem przeciwników in vitro jest to, że nie jest to efekt trwały, a kobieta po zabiegu IVF nie staje się nagle płodna. Nie jest to do końca prawda. Jest wiele przypadków ciąż naturalnych po udanych ciążach z in vitro, ponieważ pierwsza ciąża pozwoliła na właściwe uregulowanie gospodarki hormonalnej organizmu, czego nie dało się zrobić lekami. Poza tym przecież niepłodność nie jest jedyną chorobą, której leczenie często polega na niwelowaniu skutków, a nie trwałemu usunięciu problemu. Kryterium kwalifikującym daną metodę jako metodę leczniczą nie może być gwarancja uleczalności i wyeliminowania problemu. W przeciwnym wypadku z listy świadczeń medycznych musielibyśmy skreślić zdecydowaną większość metod, ponieważ polegają one jedynie na niwelowaniu skutków choroby. Z takich świadczeń medycznych należałoby w pierwszej kolejności usunąć cukrzycę, choroby serca, nerek, raka…. lista byłaby naprawdę bardzo długa.

Niepłodność kobiet poddających się in vitro (lub innym metodom leczenia niepłodności) NIE JEST związana z uprzednio dokonaną aborcją, używaniem spirali oraz chorobami przenoszonymi drogą płciową. 

Funkcjonuje fałszywy pogląd, że niepłodna kobieta sama sobie jest winna, ponieważ dokonała w przeszłości aborcji (nawet 90% kobiet, zdaniem autora artykułu zamieszczonego na stronie internetowej www.kosciol.pl , same przyczyniły się do swojej niepłodności). Aborcja jako zabieg – pomijając kwestie moralno-etyczne dla skoncentrowania się na przedmiocie dyskusji – wiąże się z zabiegiem łyżeczkowania jamy macicy. Zabieg może skutkować uszkodzeniem błony śluzowej macicy, co znowuż implikuje problemy z płodnością. Niestety ten sam problem pojawia się w przypadku poronienia – kobieta pragnie dziecka, ale ono umiera i wówczas lekarze kierują kobietę do szpitala celem przeprowadzenia zabiegu łyżeczkowania jamy macicy. Z zabiegu łyżeczkowania lekarze rezygnują, kiedy ciąża była bardzo wczesna i jest szansa, że organizm kobiety sam sobie poradzi. Wówczas, jeśli jest taka możliwość z medycznego punktu widzenia i bez ryzyka dla zdrowia kobiety, lekarze rezygnują z łyżeczkowania dla ochrony macicy kobiety, aby ograniczyć ryzyko zniszczenia endometrium, co skutkowałoby w przyszłości niepłodnością. Konkludując więc aborcja jako taka nie przyczynia się niepłodności, ale nieumiejętnie wykonany zabieg - trudno bowiem uchronić się przed ryzykiem błędu w sztuce lekarskiej. 

Kolejnym błędem jest łączenie niepłodności kobiet z chorobami przenoszonymi drogą płciową. Należy zwrócić uwagę na fakt, że u kobiet ma miejsce większa wykrywalność tego rodzaju problemów w porównaniu z mężczyznami, co wynika z większej troski o zdrowie – kobiety częściej odwiedzają ginekologa niż mężczyźni urologa, częściej wykonują badania przesiewowe a i sama biologia pozwala kobietom na wcześniejszą diagnostykę – większość zakażeń u mężczyzn ma przebieg bezobjawowy. Konsekwencję takiego stanu jest nosicielstwo, co może prowadzić nie tylko do obniżenia jakości nasienia, ale też do zapalenia gruczołu krokowego czy reaktywnego zapalenia stawów. Należy przy tym pamiętać o jeszcze jednym fakcie - gro zakażeń nie jest skutkiem stosunku płciowego z zakażoną osobą, ale korzystania z basenu, sauny czy toalet publicznych i krzywdzące jest utożsamianie przykładowo chlamydii trachomatis jedynie z nieodpowiedzialnymi zachowaniami seksualnymi. Drogi zakażenia nie są jednoznacznie a edukacja w tym zakresie niezwykle ograniczona, co implikuje zarówno problemy zdrowotne, jak również próby dorabiania idei do faktów. 

Łączenie wkładki domacicznej (potocznie określanej spiralą) ze skutkami w postaci niepłodności, wydaje się być konsekwencją hipotezy dot. szkodliwości antykoncepcji. Wkładka domaciczna może spowodować stan zapalny jamy macicy jedynie w sytuacji nieodpowiedzialnej postawy lekarza – powinien on bowiem wykluczyć takie ryzyko właściwie diagnozując stan zdrowia pacjentki (sprawdzając czy nie ma przeciwwskazań) oraz prawidłową założyć wkładkę. Tutaj jednak w grę wchodzi czynnik niezależny od samej kobiety, ponieważ idąc do lekarza nie zakłada, że ten zrobi jej krzywdę. 

Nie zapominając, że przyczyny niepłodności mogą być spowodowane zakażeniem należy też pamiętać, że są to rzadkie sytuacje a proces leczenia jest prostszy i mniej kosztowny w porównaniu z problemami hormonalnymi, immunologicznymi czy anatomicznymi. 

Fałszywe argumenty, że niepłodne kobiety są same sobie winne, ponieważ dokonywały aborcji, prowadziły nieodpowiedzialne życie seksualne czy stosowały wkładkę domaciczną, są wyrazem obłudy i braku szacunku wobec osób dotkniętych chorobą niepłodności. Połowa problemów obejmuje „czynnik męski” a zaliczanie do jednej grupy osób chorujących na niepłodność oraz osób, które dokonały aborcji czy prowadziły nieodpowiedzialne życie seksualne, jest obelgą i kłamliwą retoryką 

Posługując się tą retoryką należałoby uznać, że mężczyzn chorujących na raka prostaty nie należy obejmować leczeniem a co dopiero refundacją leków, ponieważ są sami sobie winni – w przeszłości zapewne ulegli zakażeniu drogą płciową, z biegiem lat rozwijał się stan zapalny, który zaowocował nowotworem. Przerażająca jest łatwość z jaką niektóre osoby publiczne krzywdzą osoby chore, już pokrzywdzone przez los.

In vitro NIE JEST metodą wykorzystywaną najczęściej przez kobiety zbliżające się wiekiem do okresu menopauzy. 

Być może słyszeliście lub myślicie sobie, że in vitro głównie dotyczy kobiet po około 40. roku życia i gdyby takie kobiety wcześniej pomyślały o macierzyństwie – teraz byłyby matkami.

Decyzja o macierzyństwie z uwagi na dobro dziecka powinna być podjęta w czasie, w którym przyszli rodzice są do tego przygotowani. I nikt nie ma prawa podważać ich decyzji. 

Nie jest prawdą, że z in vitro korzystają jedynie osoby zbliżające się do okresu menopauzy. Nie jest prawdą, że kobiety zbyt późno rozpoczynają leczenie. Zwykle przyznanie przed samą sobą o istnieniu problemu jest bardzo trudne, często nim para zgłosi się do kliniki specjalizującej się w leczeniu niepłodności, mija wiele długich miesięcy naturalnych starań i comiesięcznych nadziei i rozczarowań. 

Pierwszy kontakt z kliniką nie oznacza również decyzji o zabiegu in vitro. Często pacjentki przechodzą długi okres diagnostyczny – monitoring cyklu, badania hormonalne, badania nasienia i inne. Wyniki tych badań stoją u podstaw decyzji o metodzie wspomagania rozrodu. Czasem jest to jedynie zmiana sposobu życia, czy stymulacja hormonalna, następnie inseminacja. In vitro jest często ostatnim z kroków. Właśnie dlatego wśród pacjentek poddających się zabiegom in vitro nie ma kobiet w wieku dwudziestu lat. I bardzo dobrze – bo jest szereg mniej inwazyjnych metod, które mogą okazać się równie skuteczne i przynieść oczekiwany rezultat. 

Najczęściej do in vitro podchodzą kobiety około 30 roku życia. I wcześniej, zwykle przez kilka lat, próbowały one zajść w ciążę w inny sposób - naturalnie, obserwując cykl, lecząc się czy poprzez inseminację.

Dzieci poczęte w skutek metody in vitro NIE SĄ obciążone defektami, chorobami genetycznymi, rozwijają się prawidłowo 

Przeciwnicy metody in vitro często głoszą, że dzieci w ten sposób poczęte są chore, nieprawiłowo się rozwiajają, rodzą się z defektami. Takie argumenty są używane jedynie dla zastraszania społeczeństwa wobec braku racjonalnych i zgodnych z prawdą argumentów. W Polsce w zasadzie nie prowadzi się statystyk dzieci czy ciąż "z in vitro". 

Eksperci białostoccy od niepłodności (dr Domitrz i dr Szamatowicz) zapytani o wady u dzieci po in vitro, odpowiadają, że odsetek wad jest tylko minimalnie wyższy: "Dane epidemiologiczne wskazują w niektórych grupach pacjentów na wzrost ryzyka zachorowania dzieci na różne (zresztą bardzo rzadkie) zespoły (1:1000000), podobnie wydaje się, że szczególnie w grupie z tzw. ciężkim czynnikiem męskim wzrasta odsetek wad układu moczowego i wad serca - wzrost ten wynosi ok 1-2%" 

Zdecydowana większość dzieci po in vitro, podobnie jak zdecydowana większość dzieci poczętych "naturalnie" rodzi się zdrowa.
Więcej na ten temat można przeczytać na podstronie "badania nad in vitro": http://www.proinvitro.pl/badania-nad-in-vitro

Metoda in vitro NIE SŁUŻY do takich manipulacji jak zapłodnienie między gametami ludzkimi i zwierzęcymi, czy ciąża embrionu w łonie zwierzęcym 

Oczywiście, że ryzyko owych patologii istnieje. I dlatego powinny zostać wprowadzone regulacje, które skutecznie chroniłyby i zapobiegały takim wynaturzeniom. Jednak ryzyko patologii nie może być powodem do wprowadzenia odgórnych zakazów stosowania metody In vitro w ogóle. 

Dla osób dotkniętych chorobą niepłodności – zarodki to dzieci. I to ostatnie osoby, które zgodziłyby się na takie praktyki.

Tworzenie „nadliczbowych zarodków” NIE MA NA CELU możliwości wykorzystania ich do celów eksperymentalnych oraz do handlu embrionami 

Osoby niepłodne to ostatnie osoby, które interesowałyby eksperymenty na własnych dzieciach czy handel nimi. Cenny jest dla nich każdy zarodek. 

Konieczne jest oczywiście wprowadzenie prawnej ochrony zarodków. Jednak takiej, która nie przekreśli szans na skuteczność in vitro.

Badania preimplantacyjne NIE SŁUŻĄ wybraniu „najlepszego” embrionu, by dać m.in. informację o płci, kolorze włosów czy oczu przyszłego dziecka 

Diagnostyka preimplantacyjna (preimplantation genetic diagnosis - PGD) jest metodą pozwalającą na wykrycie wad genetycznych zarodka jeszcze przed podaniem go do macicy. Pierwsze preimplantacyjne badania diagnostyczne prowadzone były w latach osiemdziesiątych, a dotyczyły chorób genetycznie uwarunkowanych dziedziczących się jako cechy sprzężone z płcią. Pierwsza diagnostyka preimplantacyjna w kierunku obecności mutacji w chorobie uwarunkowanej defektem pojedynczego genu wykonana została w rodzinie z ryzykiem zachorowania na mukowiscydozę w 1991 roku. 

W 1992 urodziło się w Anglii pierwsze dziecko po zastosowaniu IVF i diagnostyki preimplantacyjnej, która wykluczyła właśnie mukowiscydozę. Dziś za pomocą PGD można zdiagnozować wiele chorób genetycznych wliczając w to choroby jednogenowe, aneuploidie chromosomalne, translokacje chromosomowe w bardzo wczesnym etapie bo jeszcze przed ciążą. 

Diagnostyka PGD stosowana jest rutynowo m.in. w USA, Szwecji, Danii, Francji, Włoszech, Szwajcarii, Hiszpanii, Czechach, Turcji. 

Zupełnie niezrozumiałym jest niedopuszczalność diagnostyki preimplantacyjnej, ale dopuszczanie badań prenatalnych. Badania PGD pozwala dodatkowo rodzicom uniknąć ogromnego bólu związanego z poronieniem – stratą dziecka z powodu wad genetycznych płodu.

Metoda in vitro TO NIE instrumentalne traktowanie zarodków czy traktowanie dziecka jak przedmiotu. 

Jest to często argument przytaczany przez przeciwników mrożenia zarodków. Każdy zarodek jest dla niepłodnego dzieckiem. I nikt, kto osobiście nie zetknął się z problemem niepłodności nie ma moralnego prawa do takiego osądu. 

Wystarczy przejrzeć fora internetowe poświęcone niepłodności, by obalić ten argument. Czy ktoś, kto wyraża się o swoich zarodkach: "kruszynki", "maleństwa" i "dzieciaczki" traktuje je przedmiotowo?

Osoby poddające się zabiegom in vitro NIE KIERUJĄ SIĘ egoizmem.

Cóż złego jest w pragnieniu bycia matką czy ojcem? Dlaczego rodzina, w której rodzi się dziecko, nie podlega żadnej ocenie, a osoby dotknięte chorobą niepłodności nazywane są egoistami? Czyż nie stoi to w sprzeczności z podstawowymi zasadami Konstytucji? Dlaczego niepłodni są dyskryminowani z uwagi na chorobę? 

Zdarzają się także sytuacje, że na in vitro decydują się pary płodne, ale obciążone chorobami dziedzicznymi, których ryzyko przekazania dzieciom jest bardzo duże. Rodzice nie chcąc narażać swoich dzieci na te choroby, korzystają z diagnostyki preimplantycjnej, czasem nawet z banku nasienia czy przekazanej anonimowo komórki jajowej. Czy to naprawdę egoizm ze strony rodziców?

In vitro zwiększa możliwość ciąży mnogiej, ale są to zwykle ciąże bliźniacze (podobnie gdy np. gdy kobieta przyjmuje leki stymulujące owulację - nie jest to więc związane tylko z in vitro). 

Ciąża mnoga rodzi ryzyko powikłań, zarówno dla kobiety jak i dla dzieci, właśnie dlatego konieczne jest ustandaryzowanie przepisami ustawy liczby zarodków, które mogą być podane kobiecie w jednym transferze. Ale na pewno nie jest to powód do wykorzystywania tego argumentu przeciw metodzie In vitro w ogóle. 

W zdecydowanej większości klinik nie ma zwyczaju podawania więcej niż dwóch (w rzadkich przypadkach trzech) zarodków. Nie jest to oczywiście jednoznaczne z przyjęciem się wszystkich zarodków. Najczęściej skutkuje to ciążą pojedynczą.

Na in vitro NIE DECYDUJĄ SIĘ kobiety z wygody, by zaplanować sobie np. moment porodu na odpowiednią porę roku albo "wstrzelić się" z ciążą w odpowiedni moment kariery. 

Kto twierdzi, że in vitro jest wygodne, zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, czym jest ta metoda i na czym polega. In vitro związane jest z dużym obciążeniem dla organizmu, przyjęciem wielu leków (serii zastrzyków podawanych domięśniowo w pośladek lub brzuch), niejednokrotnie okupione bólem, czy tzw. przestymulowaniem, które kończy się nawet leczeniem szpitalnym. Decyzja o wybraniu tej metody jest niezwykle trudna, niepłodne pary podejmują ją przeważnie jako ostateczność, wtedy gdy np. nie udało się przez wiele lat "naturalnie" zajść w ciążę, nie udały się próby zapłodnienia prostszymi i mniej inwazyjnymi metodami (np. inseminacje). Marzeniem każdej niepłodnej pary jest naturalne poczęcie dziecka. 

Poza tym in vitro trudno jest zaplanować. Mężczyzna i kobieta muszą przejść wiele badań, aby zwiększyć prawdopodobieństwo przyjęcia się zarodka np. "wybić do czysta" bakterie normalnie bytujące w organizmie kobiety, co wiąże się z odłożeniem zabiegu nawet o kilka miesięcy. To nie metoda , by "urodzić dziecko w grudniu". 

Kariera jest bardzo często obroną niepłodnej pary, którą ludzie pytają dlaczego nie ma jeszcze dzieci.

Naprotechnologia NIE JEST alternatywą dla in vitro. 

Nie jest, a przynajmniej nie dla wszystkich. Naprotechnologia nie zaradzi na wiele rodzajów niepłodności - np. nie udrożni czy nie odbuduje jajowodów, nie zaradzi słabemu nasieniu mężczyzny. Naprotechnologia jest dobra dla zdrowych osob z regularnym cyklem. 

Naprotechnologia to przede wszystkim obserwacja cyklu kobiety. W zasadzie każdy, kto zdecydował się na in vitro latami pod opieką ginekologów obserwował swój cykl... bezskutecznie. 

Metody wspomaganego rozrodu - in vitro i inseminacja są pomocą dla osób z niedrożnymi jajowodami (lub nawet bez jajowodów), nadają się też dla par, które cierpią wskutek niepłodności męskiej.

Zapłodnienie nasieniem dawcy lub skorzystanie z komórki jajowej innej kobiety to NIE JEST zdrada małżeńska. 

Użycie nasienia dawcy do zapłodnienia jest obwarowane wieloma warunkami. Para nie zna dawcy, dawca nie zna pary, pozostają dla siebie anonimowi. Nasienie dawcy jest badane i mrożone, i dopiero używane do zapłodnienia. 

Podobnie jest z komórką jajową. Zwykle przekazuje ją kobieta, która w podobnym czasie przygotowuje się do zapłodnienia in vitro i pragnie pomóc innej niepłodnej parze, która nie ma szans na własne "jajeczka". 

Dawstwo nasienia to anonimowa pomoc. Podobnie jak pomagają ludzie oddający swoją krew czy narządy. 

Jest bardzo mało prawdopodobne, by dawstwo gamet (komórek jajowych i plemników) spowodowało, że nieświadomie w pary będzie się łączyć rodzeństwo. 

Jest to bardzo mało prawdopodobne. I tak samo prawdopodobne przy adopcjach czy rzeczywistych zdradach małżeńskich i dzieciach poczętych "na boku", których jest z pewnością o wiele więcej. 

Argument o nieświadomym łączeniu się w pary również dotyczy adopcji. Czy to powód, by jej zakazać?

Adopcja nie powinna być alternatywą dla in vitro. Powinna być wyborem i świadomą decyzją pary. Domy dziecka NIE SĄ "pełne dzieci do adopcji". 

Adopcja jest czymś pięknym i to wspaniale, że istnieje. Nie powinna jednak być jedynym wyjściem dla par, które nie mogą począć własnego dziecka. Desperacja nie jest dobrą motywacją do adopcji, a nie każdy jest gotowy wychowywać "nie swoje" dziecko. 

Domy dziecka są pełne dzieci, ale wiele z tych dzieci nie ma uregulowanej sytuacji prawnej i nie można ich adoptować. Poza tym jest coraz mniej dzieci do adopcji, na dziecko czeka się latami, przechodzi wiele ciężkich procedur, trzeba spełnić wiele warunków (np. staż małżeński, mieszkanie). W procedurze adopcyjnej pary muszą niejako "udowodnić", że są gotowi mieć dziecko, czasem osobie która wchodzi "z butami" w szczegóły ich małżeństwa, ogląda kąty w domu, pyta o intymne sprawy.Trzeba mieć wiele psychicznej siły, by to przejść. Jakkolwiek pragnienie niepłodnej pary, by mieć dziecko, jest wielkie, nie każda jest gotowa na adopcję. Adopcji powinni się podejmować ludzie, którzy naprawdę jej pragną i nie powinna być jedynym wyjściem, by mieć dziecko. 

Niemowląt do adopcji jest bardzo mało. Czeka się na nie najdłużej. W wielu ośrodkach para, która przekroczyła wiek 35 lat, nie ma już na nie szans.

Zarodki przy in vitro NIE SĄ niszczone.

Każdy zarodek dla niepłodnej pary jest ważny. Zwykle przyjmuje je wszystkie (podzielone na kolejne transfery). Te zarodki, które giną, zginęłyby tak samo w procesie naturalnym. Nie uśmierca się zarodków. 
W przypadku, gdy para z jakichś powodów nie może przyjąćwszystkich zarodków, przekazuje je anonimowo innej parze do adopcji.
 
Zarodki nie są niszczone czy przekazywane do badań. Nikt ich nie wyrzuca do kosza - to zwyczajne oszczerstwa. Zarodki są bezcenne. Przede wszystkim dla ich rodziców. Są też nadzieją i szansą dla par, które nie mają możliwości poczęcia biologicznego potomstwa, które pragną zaadoptować zarodek. Z informacji pochodzących z klinik niepłodności wiemy, że nieraz para czeka na zarodek do adopcji rok lub nawet dłużej.

Jeżeli istnieją klinki (my ich nie znamy), w których na życzenie rodziców można zarodki zniszczyć czy przekazać do badań, należy to koniecznie uregulować, by tak się nie działo.

Mrożenie zarodków jest normalną, sprawdzoną przez lata procedurą. Mrożenie chroni zarodki nadliczbowe, a nie je niszczy. 

To samo, co powyżej. Poza tym dobre kliniki potrafią umiejętnie mrozić (i odmrozić) zarodki. Jest wiele mrożaczkowych dzieci na świecie.

Comments