Dzieci z in vitro nie są wcale gorsze!

opublikowane: 24 sty 2009, 03:06 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 24 sty 2009, 03:13 ]

Dzieci poczęte in vitro rozwijają się nie gorzej niż inne. Tak wynika z badań, które jako jedyni w Polsce przeprowadzili wrocławscy antropologowie.

  

Mariusz Urbanek: Co skłoniło was do podjęcia badań?

Sławomir Kozieł*: Przeczytałem kiedyś w "Gazecie Wyborczej" artykuł na temat manipulacji na embrionach zwierząt laboratoryjnych. Autorzy sugerowali, że pewnego rodzaju manipulacje na zarodkach we wczesnym stadium ich rozwoju mogą prowadzić do różnych zaburzeń po urodzeniu. Pomyślałem, że może warto sprawdzić, czy dotyczy to także ludzi.

Barbara Hulanicka*: Nawiązaliśmy kontakt z Prywatną Przychodnią Leczenia Niepłodności "Novum" w Warszawie, jedną z dwóch, które w połowie lat 90. tym się zajmowały. Obecnie to wielka klinika, wtedy jeszcze mieściła się w piwnicy bloku mieszkalnego.

To stamtąd pochodziły dzieci, które Państwo badali?

B.H.: Tak. Ale nie mieliśmy z nimi żadnego kontaktu. Pozostały dla nas anonimowe, ponieważ rodzice często nie chcą przyznawać się do tego, że ich potomstwo pochodzi z zapłodnienia in vitro. Dostaliśmy jedynie dokumentację z badań dzieci urodzonych tam w ciągu sześciu lat.

Ilu dzieci?

B.H.: Ponad 300. Przyjęliśmy jednak rygorystyczne dość kryteria, odrzucając dokumentacje niepełną i ostatecznie naszymi badaniami objęliśmy 103 chłopców i 97 dziewczynek.

Na czym one polegały?

S.K.: Badaliśmy ich parametry porodowe, zmiany ciężaru ciała i obwodu głowy. Sprawdzaliśmy, jak się rozwijają, choć nie zajmowaliśmy się ich rozwojem psychoneurologicznym.

B.H.: Chcieliśmy się dowiedzieć, czy zapłodnienie in vitro nie prowadzi do jakichś złych konsekwencji.

Prowadzi?

B.H.: Okazało się, że nie.


S.K.: Wręcz przeciwnie.
W porównaniu z przyjętą średnią te dzieci wypadły nawet lepiej. A porównywaliśmy je ze średnią dla dzieci z Warszawy, wyższą niż ogólnopolska. W stolicy mieszka najwięcej osób zamożnych i dobrze wykształconych, a więc gwarantujących dzieciom lepsze warunki rozwoju.

Zapłodnienie in vitro nie wiąże się więc z żadnymi kłopotami?

S.K.: Tego nie można powiedzieć. Przy zapłodnieniu pozaustrojowym jest większe o ok. 20-34 proc., ryzyko wystąpienia tzw. naturalnej, spontanicznej aborcji embrionu, która może nastąpić mimo udanego zabiegu. Dwukrotnie zwiększa się też ryzyko, że te dzieci będą miały niską i bardzo niską masę urodzeniową lub urodzą się przedwcześnie. Ale większość z nich nie różni się niczym od dzieci urodzonych bez wspomagania.

B.H.: Dochodzi jeszcze zagrożenie, jakim jest ciąża mnoga, częsta przy zapłodnieniu in vitro.

Także chyba to, te dzieci częściej rodzą kobiety starsze, którym nie udało się przez lata starań zajść w ciążę w sposób naturalny?

B.H.: Nie są to kobiety zbyt zaawansowane w latach, bo z wiekiem spada skuteczność zabiegów in vitro.

S.K.: Średnia wieku matek badanych przez nas dzieci to 35, a ojca 37 lat.
 
I wszystko to nie ma wpływu na to, że te dzieci rodzą się "gorsze", słabiej i wolniej się rozwijają?

B.H.: Nie. Owszem, wcześniaki i dzieci z ciąż mnogich rodzą się mniejsze, ale bardzo szybko nadrabiają zaległości. Można rzec, że
rozwijają się w szybszym tempie.

Ale tylko 46 proc. noworodków poczętych in vitro oceniono w skali Apgar na maksymalną liczbę 10 punktów [w tej skali ocenia się tuż po urodzeniu kolor skóry, puls, reakcję na bodziec, napięcie mięśni i oddychanie]. To nie powód do niepokoju?

S.K.: Nie. Niższa ocena wynika z tego, że część tych dzieci urodziła się przedwcześnie albo z ciąży mnogiej.

B.H.: Nawet najmniejsze zaburzenie po urodzeniu ma wpływ na obniżenie tej oceny.
Naprawdę dobrym wynikiem jest to, że tylko 4 proc. z tych dzieci oceniono poniżej 8 punktów.

Z czego wobec tego wynika powszechne przekonanie, że te dzieci są słabsze?

B.H.: Przede wszystkim z niewiedzy.

S.K.: Zabiegom tego rodzaju poddają się osoby mające problemy z naturalnym zajściem w ciążę. Niepłodność jest postrzegana jako choroba i już tylko to może być przyczyną nieufności wobec sztucznego zapłodnienia.

Czy z państwa badań można wyciągnąć wnioski na temat rozwoju tych dzieci już w wieku dorosłym?

S.K.: Pierwsze "dzieci z probówki" urodziły się w roku 1978, więc najstarsze dopiero kończą 30 lat. To ciągle za wcześnie, by wyrokować o problemach, które mogą pojawić się w wieku 50 czy 60 lat.

Może się okazać, że są bardziej podatne na choroby wieku dojrzałego?

S.K.: Istnieje teoria Barkera, według której dzieci z niską masą urodzeniową, co właśnie częściej dotyczy dzieci z zapłodnienia in vitro, są bardziej zagrożone otyłością i chorobami krążenia w wieku dorosłym. Ale o tym, czy tak będzie, dopiero się przekonamy.

B.H.: A w dodatku teoria Barkera jest już dziś podważana, ponieważ inni uczeni uważają, że do otyłości nie wystarczy tylko niska waga urodzeniowa. Dziecko w ciągu dwóch pierwszych lat życia musi jeszcze być przekarmiane. A to rzeczywiście jest częste u wcześniaków, które rodzą się mniejsze, więc rodzice karmią je, żeby szybciej nadrobiły niedobory wagi. I wtedy rzeczywiście pojawia się ryzyko otyłości.

Czy na świecie prowadzone były także badania psychoneurologiczne "dzieci z probówek"?

B.H.: Tak, i jak wynika z publikacji w piśmie "Lancet", także pod tym względem nie zaobserwowano żadnych różnic.

S.K.: Co więcej, jak wynika z tych badań, ich stosunki z rodzicami są w znaczący sposób lepsze niż w rodzinach, w których doszło do zapłodnienia naturalnego.

To akurat można wytłumaczyć tym, że to są dzieci bardzo "chciane", oczekiwane, wymodlone, rodzące się w rodzinach lepiej wykształconych i lepiej sytuowanych, a więc bardziej zadbane i wychuchane.

B.H.: To prawda, bo zapłodnienie pozaustrojowe to zwykle jedyna i ostatnia szansa na posiadanie dziecka. Nie tylko dla kobiet, które zwykle obwinia się za brak dzieci. Coraz częściej zapłodnienie wspomagane stosuje się także w przypadku chorób, na które cierpią mężczyźni, np. przy raku jąder, którego konsekwencją jest bezpłodność. Możliwe jest zdeponowanie nasienia przed chemioterapią w odpowiednim banku nasienia i wykorzystanie go po powrocie mężczyzny do zdrowia. W Ameryce w takich przypadkach to już standard.

Prof. Barbara Hulanicka i doc. Sławomir Kozieł pracują w Zakładzie Antropologii Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu
 
Źródło: Gazeta Wyborcza
Comments