Nasze historie‎ > ‎

Nasze historie

Sylwia - pamiętam, że szłam środkiem chodnika i płakałam. To był wyrok - nigdy nie będę mieć dziecka!

opublikowane: 7 paź 2009, 11:44 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 7 paź 2009, 12:03 ]

Byliśmy młodym małżeństwem, mieliśmy zaledwie po 21 lat, ale z jednym - celem być ze sobą i mieć dzieci. Oczywiście staraliśmy się o dziecko od samego początku, mój instynkt macierzyński szalał. Po roku starań oboje stwierdziliśmy, że musimy iść do lekarza i się przebadać. Trafiliśmy do lekarza, który nie mia za bardzo wiedzy na temat niepłodności, zresztą rozmawiał z nami, jakby się czegoś wstydził. Zlecił mężowi badania nasienia.
Oczywiście je wykonał. Po wynik poszłam ja, ponieważ mąż był w pracy.

Nigdy nie zapomnę tego dnia. Najgorszy dzień mojego życia. Odebrałam kartkę z wynikami, pani poinformowała mnie, że jest strasznie żle i dzieci to my nigdy nie będziemy mieć.
 
Pamiętam, że szłam środkiem chodnika i strasznie płakałam. To był dla mnie jak wyrok. NIE BĘDĘ MIEĆ NIGDY DZIECKA!
To było straszne. Mąż wydzwaniał do mnie z pracy jakie są wyniki badań. Nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Gdy przyszedł, wyniki leżały na
stole zmięte, a ja zapłakana oglądałam swoje zdjęcia z dzieciństwa.
Spojrzał na mnie i poleciały mu łzy po policzkach. Nie potrafiłam wydusić nawet słowa.

Oczywiście zaczęły się słowa, że nie może być ze mną, odchodzi, mam sobie poukładać życie z kim innym i mam być szczęśliwa. Rozmawialiśmy ze sobą na ten temat rzadko. W sumie to prawie wcale.
A na dodatek pracowałam w sklepie z odzieżą i akcesoriami dla dzieci. Widok kobiety w ciąży był dla mnie strasznie bolesny. Dlaczego ona a nie ja?
 
Po paru miesiącach postanowiłam wrócić do tematu. Było to trudne dla mnie, ale raz się żyje. Przecież ze mną jest wszystko ok.Wyczytałam w internecie
o różnych sposobach na zajście w ciąże. Jeżdziliśmy od lekarza do lekarza. Byliśmy jak w jakiejś machinie. Nawet nie było czasu się zastanowić czy tak, czy nie - jeżdzilliśmy. Do tego mieliśmy doping ze strony rodziców. Oni rówież nam towarzyszyli, kiedy ich o to poprosiliśmy.

Po pięciu latach szukania odpowiedniego lekarza i kliniki trafiliśmy do znakomitego profesora "Aniołka" do Białegostoku. On jako jedyny nie owijał w bawełnę i powiedział że szansa na dziecko jest. On zaproponował inseminację domaciczną, lecz z nasienia dawcy. Byłam w szoku. Pan Profesor kazał nam się porządnie zastanowić. Wyszliśmy z gabinetu, spojrzałam na męża i powiedziałam ze łzami w oczach "NIE". Usiedliśmy na pobliskiej ławeczce i zaczęliśmy rozmawiać. Oczywiście mąż mnie strasznie namawiał. Ja miałam blokadę moralną. To było dla mnie jak zdrada, tylko taka bez współżycia, ale zdrada. Nie było o czym nawet mówić. Mąż strasznie mnie namawiał, że mamy szansę i żebyśmy ją wykorzystali, że przecież to będzie nasze dziecko i będziemy je kochać jak nikogo na świecie.
Płakaliśmy oboje. Wróciliśmy do domu. On nie odpuszczał, namawiał mnie do tego zabiegu. Ja przypomniałam sobie słowa profesora z gabinetu: " Zastanówcie się bardzo
dokładnie. Znam pary, które się rozeszły właśnie z tego powodu.Z czasem przy najbliższej kłótni wypominają sobie, że to nie jego dziecko i się rozchodzą".
Mąż nie rezygnował. Powiedział mi, że mimo wszystko i tak będziemy razem i będziemy kochającą się rodziną.
Po 2 miesiącach zgodziłam się. Pojechaliśmy jeszcze raz do profesora na umówioną wizytę. Mieliśmy do pokonania ponad 500 kilometrów. Ta droga trwała dla nas wtedy wieczność. Zabieg miałam od razu. Wiedziałam, po prostu czułam, że nic z tego nie będzie. Kobieca intuicja.
Wróciliśmy do domu i odczekałam 3 tygodnie, zrobiłam test, oczywiście była jedna kreska. Nie było czasu na zastanawianie, zadzwoniłam, wyznaczyli mam następny termin zabiegu. Pojechaliśmy. Miałam mieszane uczucia, czułam tak pół na pół. I ta sama historia. Test wskazywał jedną kreskę.
Następny termin zabiegu miałam wyznaczony na 20 maja 2005 roku. Wiedziałam, że teraz to będzie to. Wszystko było inaczej. My bardziej wyluzowani, roześmiani w pociągu.
Poszliśmy do szpitala, zrobili mi badanie krwi na poziom hormonu i decyzja, że jeszcze musimy poczekać ze 2 dni, bo spóżnia się cykl. Potem jeszcze 2. Pęcherzyki nie chciały pęknąć jeszcze kolejne 2 dni. Wyznaczono nam termin zabiegu na 28 maja. Ja już chciałam wracać do domu, byłam załamana, choć wiedziałam, że warto. Zadzwoniłam do mamy i strasznie płakałam do słuchawki. Byłam w złej formie psychicznej. Aż w końcu doczekałam się tej daty. W poczekalni było 6 par czekających na zabieg. My byliśmy w kolejce trzecią oczekującą parą. Nadeszła nasza kolej, ale profesor kazał nam jeszcze czekać. Potem kolejna i kolejna. Zostaliśmy sami. Pięć godzin czekania. Miałam już dość.
Pielęgniarka poprosiła nas do gabinetu - "Wasza kolej" - powiedziała. Profesor wyjaśnił nam wszystko i powiedział, że jeżeli tym razem się nie uda, to wyznacza nam termin
zapłodnienia in vitro. W duszy wiedziałam, że nie będzie to potrzebne.
 
Poszłam do sali szpitalnej i zabieg się zaczął. Profesor poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że wszysko będzie w porządku.
Czekać.
Poprosił męża do sali, a ja leżałam z nogami do góry ok 30 minut. Po tym czasie wstałam i poszliśmy na pociąg do domu.
Pamiętam, że kiedy czekaliśmy tyle godzin w poczekalni na naszą kolej, mąż mój wyszedł przed szpital kupić coś do picia i ptaszek narobił na ramię.
Wiedziałam, że to na szczęście,  że teraz to będzie wszystko w porządku.
Wróciliśmy do domu.
Za dwa tygodnie zrobiłam test ciążowy, nie wytrzymałam, wstałam o 5 rano i zrobiłam go.
Zamknęłam oczy i czekałam ze łzami te 5 minut.
 
Pojawiały się 2 kreski na teście. Wskazywały, że jestem w ciąży.
 
Ze szczęścia nie mogłam uwierzyć. Łzy płynęły mi same po policzkach. Test położyłam na poduszce, obudziłam męża i powiedziałam: "Wstawaj tato". Odwrócił się w moją stronę i też
się rozpłakał.
Wreszcie los się do nas uśmiechnął. To był najwspanialszy dzień w moim życiu.

Dziś Wiktoria ma 3 latka i 9 miesięcy. I jest najukochańszym dzieckiem na świecie. Świata poza nią nie widzimy.

Także warto w życiu ryzykować i walczyć. Nie rozumiem tych wszystkich polityków i księży, którzy twierdzą, że to grzech. Czy grzechem jest kochać? Osądzi nas sam Bóg, a nie księża.
Dajcie i nam szanse na szczęśliwe życie.


Pozdrawiam - Sylwia, Wiktoria, Paweł.

Oczekująca na cud...

opublikowane: 7 paź 2009, 11:32 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 7 paź 2009, 11:41 ]



Kiedy miałam 16 lat przeszłam zabieg częściowego usunięcia jajnika, ponieważ miałam ogromną torbiel. Później pojawiła się następna, lekarze zapisali mi tabletki hormonalne. I ucichły, przestały się pojawiać.
W wieku 23 lat pobraliśmy się. Ślub był cudownym przeżyciem wszystko tak jak sobie zaplanowaliśmy. Po paru miesiącach dojrzeliśmy do dziecka, zaczęliśmy się starać, tak bez nerwów, na spokojnie. Kiedy przez pierwszy rok nie przynosiło nic efektów, wybraliśmy się do lekarza. I tak to się zaczęło: prolaktyna podwyższona - brałam bromergon i jeszcze luteinę.
Mój mąż wybrał się na badanie nasienia , okazało się, że wszystko jest w porządku.On mnie uspokajał,że wszystko będzie dobrze, ale ja podświadomie czułam, że to ze mną są problemy. I tak też było.
Kiedy jego siostra urodziła drugie dziecko, myślałam, dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy. A na dodatek tego wszystkiego dała córce tak na imię, jakie my wybraliśmy dla naszej upragnionej dziewczynki.Wybraliśmy się do szpitala w odwiedziny po porodzie - nigdy nie zapomnę jak zobaczyłam tę małą istotkę i pomyślałam, że ja nigdy nie będę miała takiego szczęścia. Spędziliśmy u nich 10 minut i marzyłam tylko o tym,  żeby już stamtąd wyjść. Kiedy wsiedliśmy do auta, łzy same zaczęły płynąć, nie mogłam sobie dać rady, tak bardzo bolało.
Kiedy przychodziły kolejne miesiączki, płakałam, tak bardzo pragnęłam tego naszego dziecka. Mój mąż był cały czas ze mną, pocieszał jak tylko mógł.
Lekarz umówił mnie na badanie hsg . Kiedy przyszedł dzień badania mój, mąż pojechał ze mną. Badanie jakoś zniosłam. Po badaniu przyszedł mój lekarz, i powiedział że w moim przypadku pozostaje tylko in vitro. Okazało się, że po tamtej operacji zrobiły się zrosty, mam obustronną niedrożność jajowodów. Dodał, że przecież powinnam się cieszyć, bo jestem zdrowa.
Tak, może jestem, tylko moje serce cierpi i dusza. Łzy same leciały, nie mogłam się uspokoić.
Wróciliśmy do domu były, to były nasze pierwsze ciche dni.
Wróciłam do pracy, wszyscy zauważyli, że jest coś nie tak - zwykle jestem radosna, rozgadana, lecz tym razem nic się nie odzywałam, robiłam co swoje, wracałam do domu - do pustego domu....
Bolało bardzo.
Miałam 25 lat. Wszystkie rzeczy materialne nie miały dla mnie sensu, nic mnie nie cieszyło. Myślałam tylko o tym, że nie będę tulić naszego bobaska.
Czasem myślałam o in vitro, ale nie myślałam , że będzie to mnie dotyczyć.
Niestety, ja nie jestem gotowa na taki krok, chyba jeszcze nie.... mam w głowie mętlik i mnóstwo obaw, boję się... Może zdarzy się cud...
Oczekująca

Aga - kilka lat temu czułam się 10 lat starsza, byłam niespełnioną kobietą, teraz kocham życie

opublikowane: 3 lip 2009, 03:32 przez PaniJuti

Generalnie nie lubię dzielić się swoją historią na polskich stronach internetowych, dlatego że problem in vitro (w Polsce to problem!) spotyka się często z wielkim zgorszeniem, niezrozumieniem i opiniami takimi jak głosi Rokita. Tutaj w Szwecji to, co innego, prawie każdy rodzic dziecka poczętego metodą in vitro (dla Szwedów to kolejna pozycja z Kamasutry :)) czuje sie dumny, że medycyna, lekarze i oni sami dokonali cudu. Szwedzi czują się wręcz dowartościowani i wyjątkowi - i ja też tak się czuję, ale od początku......

Historia zaczęła się, gdy miałam 19 lat - pojawił się potworny ból brzucha, pierwsza wizyta u ginekologa i zła diagnoza - zapalenie pęcherza moczowego.
Po latach sugerowano,  że doszło wtedy do pękniecia torbieli, ktore spowodowały częściową niedrożność jajowodów.

Starania o dziecko zaczęlismy 8 lat temu w Polsce, miałam wtedy 32 lata, późno.....
Klinika, pieniądze, inseminacja za inseminacją, długie dni w klinice, poczucie bycia gorszą, niemożność dzielenia tych ciężkich chwil z najblizszą osoba. Trwało to długo, za długo.....
Nadszedl moment decyzji o in vitro. Wyszukiwanie informacji, rozmowy z lekarzem, ktory zdawał się traktować nas jak osoby, które i tak niczego nie rozumieją. Szczęśiwie (wtedy wydawało mi się, że to już koniec naszych marzeń o dziecku) dostaliśmy propozycję pracy w Szwecji. Czytalismy o in vitro w Szwecji, ale zastanawialiśmy się, czy my, obcokrajowcy, będziemy mieli szansę na zabieg. W Polsce stracilismy tyle czasu. Przyjechaliśmy do Szwecji w wakacje, rozpoczęlismy pracę. Szpital był po drugiej stronie ulicy, blisko, wizyta umówiona na wrzesień. Pierwsza selekcja, rozmowa z lekarzem: "Inseminacje w Waszym przypadku nie mają sensu, widać to po wynikach z Polski, zaczynamy terapię hormonalną, in vitro w grudniu". Nasza reakcja - "Możesz powtórzyc to jeszcze raz?", Niedowierzanie, po tylu latach. Pierwsza próba - tylko jedna pobrana komorka i tylko jeden zarodek (ale udany) zakończyla sie niepowodzeniem. Kolejna wizyta: "Chcesz kontynuowac ,czy potrzebujesz przerwy" Oczywiscie, że chciałam. "Z reguły transferujemy jeden zarodek, ale teraz spróbujemy z dwoma, potrzebna jest większa stymulacja hormonalna, jeden drugiemu pomoże" i dalsze cierpliwe, dlugie, pełne spokoju, ciepła wyjaśnienia. Każda wizyta u innego lekarza (zgodnie z dyżurami w szpitalu), ale w komputerze były wszystkie potrzebne informacje, żadnych wątpliwosci dotyczących decyzji innego lekarza, nagroda za te wiele lat "poniewierki". W kwietniu kolejny transfer, pobrano kilka komorek i tylko dwa zarodki. Transfer tych dwóch, na który "wyskoczylam" z pracy. W maju test - jestem w ciąży!!! Udało sie! Będziemy mieli dziecko.
Potem obawy, czy ciąża przebiegnie prawidłowo, strach o dziecko. Wizyta w szpitalu: "Będziecie rodzicami bliźniąt. Cieszymy się razem z Tobą". Oj, wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy....... ale to już zupełnie inna historia.
 
Teraz jestem mamą cudownej ślicznej dziewczynki i cudownego przystojnego chłopczyka. Własnie się obudziły......

Miesiąc temu skończyłam 40 lat, jestem pełna planów i pomysłów na przyszłość, mam power, kocham życie....... a kilka lat temu czułam się, jakbym byla 10 lat starsza. Byłam niespełnioną kobietą. Jaką kobietą?
Pozdrawiam, życzę powodzenia w walce o in vitro w Polsce!

Aga - mama bliźniąt z in vitro

Ania - Boję się, że cud zdarza się tylko jeden raz w życiu...

opublikowane: 4 mar 2009, 05:25 przez PaniJuti

Nasza historia zaczyna się jak każda, sielanka- poznajemy się, zakochujemy i choć dzieli nas 400 km. po 1.5roku dojeżdżania decyzja o ślubie. Mąż przenosi się do mojego miasta, kupujemy mieszkanie i tradycyjnie decyzja o dziecku. Nigdy się nie zabezpieczaliśmy. Czas płynął, ciąży nie było a ja zaczynałam myśleć, że to na pewno ze mną coś jest nie tak.

Pamiętam to jak dziś, pewnego dnia w pracy miałam do czynienia z petentem, który okazał się wróżbitą. Chociaż go o to nie prosiłyśmy, zaczął tak dla zabawy wróżyć mi i koleżance. Zarówno mnie jak i jej powiedział wiele wydarzeń z przeszłości, które się zgadzały, byłyśmy w szoku. Na koniec powiedział do mnie: Będzie pani miała problemy z zajściem w ciążę, ale koniec końców będzie pani miała syna. Zasiał we mnie ziarno niepokoju.

Minęły dwa lata, przepowiednia jakby się spełniała.  Cały czas przekonana, że powodem braku ciąży może być tylko problem ze strony kobiety, wreszcie dopuściłam do siebie myśl, że nie ma na co dłużej czekać. Teraz już wiem, że i tak czekałam za długo i zmarnowałam co najmniej dwa lata. Na szczęście ominęły mnie wizyty u ginekologów nie specjalizujących się w niepłodności i od razu trafiłam do odpowiedniego lekarza.

Pierwsza wizyta, wizualnie tzn. usg ok., zlecone różne badania. Druga wizyta z wynikami i wszystko w porządku. I wtedy te słowa lekarza, których nie zapomnę nigdy: Niech pani nic na razie nie mówi mężowi, ale przypuszczam, że problem będzie leżał po jego stronie, kolejny raz proszę przyjść z mężem i niech odda nasienie do badania. Jakże wtedy byłam głupia i naiwna, bo pomyślałam: kamień z serca, za mną wszystko dobrze, a nawet jak wyniki męża będą złe to przecież na pewno żaden problem i szybko da się coś z tym zrobić. Oh jak strasznie się wtedy myliłam, trudno się dziwić- nie miałam zielonego pojęcia, że nie ma stuprocentowych metod leczenia niepłodności męskiej.  Jak łatwo przewidzieć następna wizyta nie pozostawiła nam złudzeń, bowiem okazało się, że wyniki są tragiczne. Lekarz powiedział, że postara się polepszyć jakość nasienia lekami, ale gwarancji nie daje, może się okazać, że ulegną one nawet pogorszeniu. Była to zaledwie trzecia wizyta, a my już dowiedzieliśmy się, że istnieje b. duże prawdopodobieństwo, że jedyną szansą będzie in vitro. Ja przez długi czas nie wierzyłam w to, co się dzieje, myślałam, że za chwilę się obudzę i zły czar pryśnie. Znalazłam jednak siły do walki i się zaczęło, kilka miesięcy brania przez męża leków, wyniki bez zmian. Zamiana leków i wyrok- albo te pomogą albo to koniec leczenia, bo innych metod nie ma. Pomyślałam: jak to i to już wszystko, co współczesna medycyna ma mi do zaproponowania? Kolejne miesiące leczenia, wyniki jakby drgnęły i pojawiło się światełko w tunelu. Po pół roku z duszą na ramieniu, bo miało się definitywnie rozstrzygnąć, czy leczenie się powiodło, poszliśmy do lekarza.

To był cud, jak wyraził się lekarz, mówił, że sam raczej wątpił w efekty, ale udało się! Pojawiła się, nikła bo nikła, ale zawsze, nadzieja, że naturalnie zajdziemy w ciążę. Następnym krokiem był tzw. test po stosunku aby określić, jak te cherlawe plemniczki czują się we mnie i jak daleko są w stanie dotrzeć. Wyznaczony został prawie co do godziny czas, kiedy „mamy działać”. No to według zaleceń „działaliśmy” a następnego dnia u lekarza okazało się, że test wyszedł słabo pozytywny, co dawało nam jakieś szanse. Dalsze decyzje co do leczenia miały nastąpić niebawem.

Tymczasem miesiączka spóźniała mi się a mi to głowy nie przyszło, że mogę być w ciąży, aż na taki cud nie liczyłam. W końcu na odczepnego zrobiłam test i  stał się cud- dwie kreski.

Na wizycie lekarz ostudził moje emocje, bo wymiary pęcherzyka nie były książkowe i jak się wyraził mam się jeszcze nie chwalić rodzinie. Po dwóch tygodniach zobaczyłam bijące serduszko, mój skarb miał już odpowiednie rozmiary i mogłam zacząć się cieszyć. Zdjęcie z usg powiesiłam na lodówce i życie znowu miało sens. Planowałam imiona, cieszyłam się porannymi mdłościami, rozglądałam się za odzieżą ciążową. Aż pewnego dnia zobaczyłam, że z komody zniknął mój pozytywny test ciążowy, pozostawiony na pamiątkę, bo miał się znaleźć na pierwszej stronie albumu ze zdjęciami naszego dziecka. Okazało się, że mąż podczas sprzątania go wyrzucił. To niestety był znak.

Na kolejnej wizycie okazało się, że nasze dziecko nie żyje, przestało się rozwijać i trzeba wywołać poronienie. Tego, co przeżyłam nie życzę nikomu, wyłam jak zabijane zwierzę, chciałam umrzeć jak najszybciej. Na dodatek, gdy w szpitalu wywołane poronienie było w toku i gdy wyjmowano ze mnie moje dziecko, ja odwróciłam głowę i widziałam tą czerwoną kuleczkę, która miała być moim cudem, jak wkładają ją do szklanego naczynia do badań histopatologicznych. Ten widok mam przed oczami do dziś.

Bardzo długo podnosiłam się z depresji, nie pomogły mi w tym pocieszenia koleżanki, z wykształcenia o zgrozo psycholożki, która przekonywała mnie, że dobrze, że to się stało tak wcześnie, bo  nie zdążyłam się zżyć z dzieckiem!

Miałam nadzieję, że skoro raz się udało, to wszystko przed jeszcze przed nami.

Niestety wyniki męża się pogorszyły a leki, które poprzednio przyniosły efekty, już tym razem w ogóle nie działają. Nasienie jeszcze ewentualnie nadawało się do inseminacji.

Mieliśmy ich 6, co miesiąc nasze życie wyglądało tak samo- dwa tygodnia przygotowań, nadziei, zabieg a potem czekanie i nic i nic i znowu łzy i od nowa. Aż w końcu klamka zapadła- jedyną szansą na biologiczne dziecko jest in vitro- nieodwołalnie.

Załamałam się totalnie i przyznam Wam się do czegoś. W tej rozpaczy pierwszy i ostatni raz wykrzyczałam mężowi, że zniszczył mi życie i że przez niego nie mogę być matką. Bardzo się tego wstydzę i żałuję. On poszedł na balkon, a gdy za nim wyszłam zobaczyłam mojego męża, jak siedzi skulony w rogu a łzy jak grochy kapią mu na podłogę. Chłop jak dąb płakał jak małe dziecko, Boże jak ja go zraniłam. Nigdy nie powinnam czegoś takiego powiedzieć, ale nie jestem święta i jestem tylko człowiekiem. Na szczęście wybaczył mi. Kocham go bardzo.

Nasza walka trwa 4 lata, mamy z sobą 2 nieudane in vitro, właśnie liżę rany po tym drugim podejściu. I tylko jedno mnie zastanawia, czy ten cud, który się nam zdarzył kiedyś się powtórzy, czy już wyczerpałam przydział cudów. Jeśli wierzyć przepowiedni to będę miała syneczka, ale mam już coraz mniej sił  i nadziei.

 

 Ania, 34 lata, może jeszcze wystarczy sił do trzeciego podejścia

Ewa - wciąż mamy nadzieję...

opublikowane: 1 mar 2009, 09:17 przez PaniJuti

Mam na imię Ewa. Mam 38 lat i 7-letniego synka dzięki in vitro.
 
Jestem niepłodna. Na naturalne zajście w ciążę nie miałam szans nigdy.
Mam endometriozę, prawdopodobnie od kiedy zaczęłam miesiączkować, dokładnie nie wiadomo, gdyż wtedy nie było dobrych metod diagnostycznych, nie było nawet usg. Kiedy po 6 latach bardzo bolesnych miesiączek zdiagnozowano torbiele obu jajników, miały wielkość dużych grejfrutów. Rodzice nie zgodzili się na operację, bo bali się że usuną mi jajniki i nie będę mogła mieć  dzieci. Kiedy miałam 22 lata wyjechałam na stypendium zagranicę, gdzie robiono już laparoskopię (w Polsce jeszcze nie) i usunięto mi torbiele, a endometriozę zaczęto leczyć farmakologicznie. Miałam szczęście: wcześnie postawiono mi diagnozę i zaczęto leczenie.
 
W wieku 23 lat wyszłam za mąż, pierwsza z koleżanek. Mąż był moim pierwszym partnerem seksualnym. Nigdy nie stosowaliśmy antykoncepcji. Pomimo leczenia torbiele ciągle mi rosły, a szanse na dzidziusia były marne. Kiedy miałam 29 lat, miałam za sobą 3 operacje usuwania torbieli, i po nich zrosnięte jajniki i jajowody.
Koleżanki miały już dzieci, rodzina pytała kiedy my będziemy mieć dziecko. To bardzo bolało. Uciekłam w pracę, pracoholizm, mąż też. Nasze małżeństwo rozpadało się. Oddaliliśmy się od siebie, oddaliłam się od rodziny. Łatwiej było, gdy ludzie myśleli, że robienie kariery i brak dziecka to mój wybór, a nie dramat.
Oprócz dziecka mieliśmy wszystko: mieszkanie, dobre prace, samochody i na szczęście pieniądze. I dobrego ginekologa, który polecił nam in vitro.
 
Z niedrożnymi zrośniętymi jajowodami i torbielami rosnącymi w prawie każdym cyklu nie miałam innej nadziei na zajście w ciążę. Kilkakrotnie przechodziłam stymulacje przerywane z powodu rosnących torbieli. Przy pierwszym in vitro podano 2 zarodki, zaszłam w ciążę trojaczą. Cieszyliśmy się bardzo, ale pod koniec drugiego miesiąca dzieci umarły.
Na szczęście mieliśmy jeszcze 3 zamrożone zarodki. Podano je wszystkie.
 
Z jednego z nich rozwinął się tak długo oczekiwany syn.
 
Cud medycyny i Boga. Uratował nasze małżeństwo, połączył naszą rodzinę. Nie jesteśmy już samotnymi, zdruzgotanymi ludźmi, którzy czują się gorsi. Jesteśmy szczęśliwymi rodzicami. Nasz syn jest zdrowy, inteligentny, radosny. Cieszymy się że jest.
Bardzo pragniemy następnych dzieci z in vitro, od 4 lat staramy się o nie, nasz syn pragnie rodzeństwa, a babcie dalszych wnuków.
 
Wciąż mamy nadzieję.
 
Ewa - mama Synka po in vitro

Przyszła mama - jeszcze żyję nadzieją, ale jak długo?

opublikowane: 25 lut 2009, 10:45 przez PaniJuti

Mam 37 lat, mój kochany mąż 44. Bardzo długo nie chciałam wyjść za mąż, a może po prostu nie było kandydatów, którzy by spełniali chociaż część moich oczekiwań?
Decyzję o ślubie podjęliśmy po półrocznej znajomości.
Dzień 21 kwietnia był najpiękniejszym dniem w moim życiu: biała suknia, kwiaty i podróż poślubna - cudowny Egipt.
I na tym kończy się piękna historia.

Przez wiele lat, około dziesięciu, ciagle żle się czułam: alergia, anemia, bardzo obfite krwawienia z dróg rodnych i coraz gorsze samopoczucie. Końcówka była straszna - ból nie do opisania, ale nikt nie wiedział co mi jest. Dopiero po ślubie, gdy nie zachodziłam w ciążę, poczułam, że dzieje się coś niedobrego. Mamy w rodzinie ciocię, ktora jest ginekologiem i ona skierowała nas do Provity w Katowicach.
 
Lekarz stwierdził, że są torbiele, ale dopiero jak będzie operacja, to się wyjaśni, co mi faktycznie jest.
Po operacji zapytałam lekarkę na obchodzie, czy będę mogła mieć dzieci. Odpowiedziała, że trzeba pomyśleć o in vitro. To był szok
.
Teraz dopiero, po prawie roku od operacji zaczyna do mnie docierać, że mamą mogę nie zostać nigdy. W czym jest moja wina? I dlaczego takie osoby jak ja nazywa się mordercami ? To chyba niedouczeni lekarze są wszystkiego winni.
Czuję ogromny żal i totalną bezradność, a zawsze byłam osobą, która sobie w życiu radziła.
 
Lekarze próbują mnie wystymulować, ale się nie udaje. Jeszcze żyję nadzieją,  ale jak długo?

Jeśli będą czytały moją historię kobiety, które chcą mieć dziecko, apeluję - wybierajcie dobrych lekarzy, dobre kliniki, dobre gabinety, róbcie staranne usg. 
 
Jedno jest pewne -  tak długo jak się da,  będę  walczyć o moje szczęście i nie przeszkodzą mi w tym księża i politycy, którzy mówią nam, jak mamy żyć.
 
Przyszla mama

Marta - Czerwony sweterek

opublikowane: 29 sty 2009, 09:10 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 29 sty 2009, 09:48 ]

Zobaczyłam go cztery lata temu na wystawie z artykułami dla niemowląt – i nie mogłam się oprzeć. Kupiłam mały, czerwony, mięciutki sweterek zapinany na białe guziczki – dla dziecka, o którym wtedy nawet nie myślałam – ot, impuls, nagły odruch serca, kupię, jest taki piękny, przecież będziemy mieć dzieci, na pewno… Wróciłam do domu i schowałam sweterek do szuflady. Nie sądziłam wtedy, że przyjdzie mi go schować tak głęboko, jak głęboko ukryłam swoje marzenie o macierzyństwie.
 
Mam 29 lat, mój mąż też – znamy się od kilkunastu, spotkałam go, gdy miałam 17 lat. Cudowny, dobry, cierpliwy człowiek, ja narwana, nerwowa, wybuchowa i impulsywna. Nasz związek rozpadał się kilka razy, potem sklejaliśmy go z mozołem, by znów coś popsuć i mozolnie zacząć go naprawiać. Jednocześnie dorastaliśmy oboje – czasem jako przyjaciele, czasem jako para, ale zawsze razem. Prawie dwa lata temu, kiedy oboje już wystarczająco zmądrzeliśmy, wzięliśmy ślub. Do pełni szczęścia brakuje nam jedynie dziecka. Mój mąż chciał mieć je zawsze, i to niejedno – sam jest jedynakiem, więc dwójkę na pewno, może trójkę?? Pamiętam taki wieczór, kiedy oboje mieliśmy jeszcze po naście lat, siedzieliśmy na dywanie i zawzięcie kłóciliśmy się o imiona dla naszych przyszłych dzieci…
 
Dzieci zawsze lgnęły do męża jak muchy do miodu, rozmawiał z nimi jak z małymi dorosłymi, przyjaźnił się z trzylatkiem z sąsiedztwa, ośmioletni chrześniak to jego najlepszy kumpel. Ja do myśli o macierzyństwie musiałam dojrzeć i dorosnąć. Skończyłam studia, poszłam do pracy, szybko awansowałam, skończyłam drugi kierunek studiów, studia podyplomowe. Kupiliśmy mieszkanie, urządziliśmy je, jeszcze przed ślubem. Wtedy pojawiły się pierwsze myśli, takie mimochodem – hej, pomalujmy sypialnię na jakiś żywy, wesoły kolor, przecież niedługo będzie pokojem dziecinnym. Na ślubie zamiast kwiatów dostaliśmy setki misiów, maskotek, zabawek – tak chcieliśmy. Setki, bo i wesele było weselem z marzeń – piękna, biała suknia, mój wytęskniony, ukochany mąż, jak rycerz z bajki, słoneczna, wiosenna pogoda, wszystko kwitło, śpiewało i pachniało, jak to w końcówce kwietna bywa.  Misie pojechały jako dar dla hospicjum dla dzieci, ale jeden został – nie mogłam go oddać, był taki mój… Posadziłam go na półce w sypialni. Pomyślałam – niech czeka na swojego małego właściciela.. Potem miesiąc miodowy – jechałam na niego z radosną nadzieją, że być może już nie będę wracać do pracy, no bo przecież właśnie zaczynamy staranie o nasze wymarzone dziecko. Żeby w końcu być pełną rodziną, o jakiej zawsze marzyliśmy…
I tu historia o Kopciuszku, który spotkał księcia z bajki i ma już w życiu wszystko, powoli zaczyna się kończyć…
 
Tuż po weselu okazało się, że moja przyjaciółka jest w ciąży – a umawiałyśmy się, że będziemy miały dzieci razem, w tym samym czasie, żeby chodzić na wspólne spacery z wózkami. Ale pomyślałam - nic to, szybko ją dogonię.
 
Minął jeden miesiąc, potem drugi, trzeci, czwarty… Radosne oczekiwanie powoli zaczął wypierać lęk. Taki delikatny, malutki, ale pojawiający się coraz częściej. Mąż mnie pocieszał, przytulał, mówił, że to przez stres, że za dużo pracuję. Zaczęłam stosować testy owulacyjne, mierzyć temperaturę, wyliczać skrupulatnie, który dzień, godzina będzie najlepsza na poczęcie naszego maluszka… Zaczęły się dni sexu z zegarkiem w ręku. Straszne i co gorsze – bez efektów.
W Wigilię zrobiłam test ciążowy, w sumie nie miałam ku temu podstaw, ale pomyślałam, że w taki dzień przecież cuda się zdarzają. Ale się nie zdarzył… - wtedy po raz pierwszy się popłakałam. Potem już każdy miesiąc, kiedy nadchodziła @ (miesiączka), kończył się w ten sposób. Zaczął na dodatek dzielić się na cztery tygodnie – tydzień płaczu po okresie, dwa tygodnie nadziei i tydzień potwornego czekania… I odliczanie – 28 dni, 29, 30, 31, jutro będzie 32 - może jednak? Pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak obłędnie szczęśliwa – kiedy w lutym zeszłego roku myślałam przez moment, że jestem w ciąży, testy mówiły coś innego, ale @ nie przychodziła przez 40 dni i myślałam, że …. W pracy mnie nie poznawali,  a ja dosłownie unosiłam się w powietrzu z radości… By z wielkim hukiem spaść na ziemię… Kiedy znowu przyszła @ płakałam tak, że nie mogłam się uspokoić… i podjęłam decyzję. Idę do lekarza – nie wytrzymam dłużej.
Jakoś byłam święcie przekonana, że problem jest po mojej stronie. Zaczęły się miesiące chodzenia  do ginekologa i monitorowania cyklu. Cztery, pięć wizyt w miesiącu, każda po 100 złotych. Do tego zwalnianie się z pracy, zamiany, żeby iść akurat wtedy, w ten dzień, kiedy potrzeba. Lekarz stwierdził, że owulacja występuje, jest wszystko ok., zlecił badania hormonalne, powtórzone dla pewności po miesiącu. Wszystkie wyniki dobre. Po trzech miesiącach prywatnego leczenia rozłożył ręce i uczciwie przyznał, że to wszystko, co może zrobić i odesłał do specjalistycznej kliniki leczenia niepłodności. Miałam szczęście, trafiłam na fajnego, uczciwego lekarza, który postawił sprawę jasno, nie kazał uzbroić się w cierpliwość, nie pocieszał, tylko mówił, co robić. Powiedział także, że moje dalsze leczenie nie ma sensu bez badań męża. Kilka tygodni chodziłam z tym, jak z kamieniem u szyi – jak go o to poprosić… I znów mnie mój najukochańszy mąż na świecie zaskoczył… Sam zaproponował, żebyśmy pojechali do kliniki, do dobrego, poleconego lekarza. Przeszłam kolejne badania, mąż został skierowany na badania nasienia.
 
Dwudziestego siódmego października załamał się cały nasz świat. Wynik od 0-2 mln, przy minimalnej normie 20 milionów. Do tej pory pamiętam słowa lekarza. Stoją mi w uszach i dźwięczą. Nie macie żadnych szans na dziecko, w każdym razie nie poczęte naturalnie. Nie możemy nawet podchodzić do inseminacji. Naszą jedyną szansa jest in vitro. I nawet nie wiadomo, czy mój mąż będzie mógł być ojcem dziecka, czy trzeba myśleć o nasieniu dawcy – pokażą to dopiero badania kariotypu i na mukowiscydozę.
 
 Nie potrafię nawet opisać, co czułam. To był szok. Nie płakałam, próbowałam nawet zażartować, przecież mój mąż czuł się o wiele, o wiele gorzej… I zaczęły się dni smutku, cichej rozpaczy, co zabiera całą radość i niszczy wszystko.
 
Od tamtej wizyty minęły trzy miesiące – jeżdżenia po lekarzach, po urologach, andrologach, oczywiście prywatnie. Kiedy próbowaliśmy umówić się na wizytę przez NFZ. powiedziano nam, że najbliższe wolne terminy są w kwietniu… Więc jeździmy i leczymy się prywatnie, do tej pory – nie podchodząc jeszcze do in vitro, wydaliśmy już kilka tysięcy złotych. Mój mąż czeka na zabieg operacyjny, potem wracamy do kliniki – mam nadzieję, że po nasze upragnione dziecko lub dzieci. Bo widzę co się z nami dzieje. Nic dobrego.
 
Niepłodność jest chorobą. I wyniszcza jak każda choroba, a nawet bardziej. Bo wyniszcza nie ciało, ale umysł i związek. W naszym małżeństwie jest coraz więcej smutku, cichych dni, coraz więcej lęku ze strony mojego męża – że od niego odejdę, że go zostawię i wymienię na inny, lepszy model.  Jest coraz więcej pretensji, głupich docinków i złośliwości teściów, którzy nie mogą się doczekać ukochanego wnuka, nie szczędzą mi ich - jako domniemanej, zapracowanej winowajczyni, która według nich dziecko odkłada na później. A we mnie jest coraz więcej rozpaczy i agresji, i poczucia niesprawiedliwości. Dlaczego akurat my? Dlaczego on, mój najukochańszy mąż, najlepszy człowiek jakiego znam? Dlaczego dokoła widzę wciąż nowe brzuszki, moje koleżanki zachodzą w ciążę bez problemów, widzę uśmiechnięte buzie w wózkach i kraje mi się serce. I łzy duszą w gardle i po raz kolejny pytam: dlaczego? Coraz częściej milczę, coraz mniej ze sobą rozmawiamy, coraz więcej pracuję – żeby nie myśleć, żeby nie wracać do pustego domu. Co z tego, że mam wszystko, jak mówią niektórzy, skoro nie mam najważniejszego?
Nie wyobrażam sobie życia bez dziecka. Oddałabym wszystko, co mam, żeby usłyszeć kiedyś to jedno słowo „mamo”…
 
Czerwony sweterek schowałam bardzo, bardzo głęboko do szuflady… Niech czeka - tak jak my – na in vitro i nasze dziecko. Nadzieja, że ono jednak będzie, pozwala rano mi wstać z łóżka.
 
Marta

Cynka – czekamy na synka-mrozaczka

opublikowane: 29 sty 2009, 06:23 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 29 sty 2009, 06:57 ]

 

Nasza droga do szczęścia zajęła nam 4 lata. Ale problem z niepłodnością zaczął się jeszcze wcześniej - w wieku 18 lat zachorowałam na autoimmunologiczną chorobę tarczycy, która znacząco wpłynęła na moją płodność. Do tego mam zespół policystycznych jajników (PCO) powodujący brak samoistnej owulacji oraz macicę jednorożną – defekt w budowie, brak jej lewej części. Mąż ma zaniżone parametry nasienia.

 

Mamy za sobą setki badań, starania naturalne, próby wywoływania owulacji, 6 zabiegów inseminacji, w tym jeden udany. Niestety tylko do 11 tygodnia ciąży. Zabieg łyżeczkowania, po którym pozostał zrost na macicy i wielka rana w sercu. Gdzie był wtedy Bóg – nie wiem, wolę o tym nie myśleć.

 

Po tych 6 inseminacjach podjęliśmy decyzję o in vitro. Wybraliśmy jedną z najlepszych klinik leczenia niepłodności w Polsce. To nic, że musieliśmy pokonywać ponad 400 km w jedną stronę. Oni mają wspaniałych specjalistów, duży procent uzyskiwanych ciąż i najlepsze wyniki w mrożeniu zarodków.

Stymulacja ze względu na PCO nie była łatwa, do transferu nie doszło w związku z wystąpieniem zespołu hiperstymulacji jajników. Wszystkie 10 uzyskanych zarodków zostało zamrożone. Oddaliśmy też 2 komórki jajowe parom, które same nie mogą ich uzyskać. Mamy nadzieję, że ten dar serca zaowocował pojawieniem się na świecie kochanych, wymarzonych dzieci.

 

Podejście do kriotransferu nie było takie łatwe – mieliśmy trudności z wywołaniem owulacji, uzyskaniem odpowiedniej wielkości endometrium, w którym zarodek mógłby się zagnieździć. Pierwsze dwie próby nieudane. Potem histeroskopia, wycięty zrost i zdiagnozowana macica jednorożna. Kolejny trzeci kriotransfer i dwa tygodnie oczekiwania na wynik.

 

Byłam pewna, że się nie udało. Na pani w laboratorium wymusiłam, by podała mi wynik przez telefon. Nie chciałam iść zapłakana przez miasto. Dzwoniłam do laboratorium z drżącym sercem i po usłyszeniu wyniku byłam święcie przekonana, że to pomyłka. To nie mogła być prawda, przecinek pewnie znajduje się dwa miejsca bliżej. A jednak to nie była pomyłka. Doczekaliśmy się naszych II kreseczek na teście J

 

Po pierwszej euforii przyszedł strach, czy beta będzie prawidłowo przyrastać, czy znowu nie stracę cięży. Przez pierwszy tydzień, zanim poszliśmy na usg, spałam po 2 godziny w nocy, w dzień rozwolnienie i próby przekonania siebie, by za bardzo się nie przyzwyczajać, nie cieszyć się. U ginekologa na monitorze zobaczyliśmy maleńki pulsujący punkcik – to serduszko naszego dziecka. Dzisiaj już wiemy, że pod moim sercem harcuje synek, nasz ukochany mrozaczek J

 

Gdy dzisiaj głaszczę swój podskakujący brzuszek, zdaję sobie sprawę, że jeśli w życie weszłaby ustawa bioetyczna projektu posła Gowina wiele niepłodnych par nie będzie miało szans na takie szczęście. Zostanie zabronione mrożenie zarodków i procent powodzenia zabiegów drastycznie spadnie.

 

Dlatego apeluję do wszystkich zainteresowanych, by poczytali nasze historie i nie oceniali nas na podstawie tego co mówią przedstawiciele Kościoła i politycy nie mający pojęcia czym jest problem niepłodności. Pozwólcie nam decydować o wyborze drogi do rodzicielstwa. Ta decyzja nie jest łatwa za to okupiona cierpieniem i morzem wylanych łez.

 

Mamy jeszcze 4 zamrożone zarodki – nasze ukochane dzieci, które czekają na to byśmy mogli zabrać je do domu. I na pewno po nie wrócimy, to przecież rodzeństwo naszego maleńkiego synka – nasze kochane mrozaczki J

 

Cynka (oczekuje na narodziny synka, którego nie byłoby gdyby nie możliwości współczesnej medycyny, wiedza lekarzy, zabieg ICSI i możliwość podejścia do trzeciego kriotransferu)

 

Agata - ten wybór nie jest łatwy

opublikowane: 29 sty 2009, 06:15 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 29 sty 2009, 09:47 ]

Mam 30 lat ,mąż 35, walczymy od prawie 4 lat...
Diagnoza: ja mam PCO (zespół policystycznych jajników), mąż obniżone parametry nasienia (ilość i ruchliwość). Mąż miał 28 X 07 r. operacje na żylaki powrózka (od tej pory żołnierze są humorzaści - czasami ponad normę czasami do normy im brakuje), ja dokładnie rok później 2 X 08 r. przeszłam laparoskopię. Wszystko drożne, elkauteryzacja jajników.
 
Właśnie wczoraj zaczęłam trzeci cykl po laparo, niestety do tej pory nie udało się zajść w ciążę, choć nasz doktor uważa, że jeżeli szczęście nam dopisze, to do pół roku po laparo zajdziemy. Jeżeli tak sie nie stanie,  pozostanie in vitro. Jestem przerażona tym faktem, boję się kosztów, bólu, czasu, czekania, nadziei, a najbardziej niepowodzenia. Wiem, że kolejnego kroku nie ma, że to ostateczność i nie wiem na ile zabiegów starczy nam siły i pieniędzy.
 
Nasze życie bez dziecka jest szczęśliwe, ale wiemy, że to kwestia czasu, boję się o nasz związek i uczucia. Nie chcę, żeby głupia ustawa decydowała o tym, czy możemy wydać nasze oszczędności na nasze szczęście. Nikt nam nie pomaga poza rodziną, nikt nie dołożył ani złotówki. Ten wybór sam w sobie nie jest łatwy, bo mnie też zastanawia co będziemy czuli, jeżeli się uda i zostanie zamrożonych kilka komórek. To przecież nasze dzieci.
Niech to cholerne państwo nie utrudnia nam i tak skomplikowanego życia.

 

Agata

Brulion B.B. - Nadzieja nie pozwala mi płakać. Czasem jednak łkam w poduszkę.

opublikowane: 26 sty 2009, 05:44 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 26 sty 2009, 07:42 ]

 

24.01.2004 – 36 dc. (dzień cyklu)

Siedzę sama w domu i czekam ... na co ?

Na krwawienie.

 

To nie tak, że czekam, bo sprawi mi to radość, że jeszcze nie teraz...

Czekam, bo będę mogła zacząć dalszą walkę.

 

Ludzei „walczą” lub wszystko los podaje im na tacy. Myślałam, że ja należę do tej drugiej grupy ...

 

Ale cofnijmy się w czasie...

 

Leżę na łóżku, wkoło mnie stare kalendarze ...

 

Mam 28 lat, a mój Mąż w tym roku 30-stkę.

 

Zdobywanie kolejnych rzeczy i spełnianie marzeń szło mi, może nie jak po maśle, ale nie narzekałam ... Matura, pierwsza praca ... Nawet niepowodzenie ze studiami jakoś nie bardzo mnie bolało, bo wkrótce przyszła MIŁOŚĆ

 

Potajemne wzdychanie do tego jedynego i po dwóch latach byliśmy już parą, po kolejnym roku pobraliśmy się. Mieszkaliśmy u moich rodziców w pokoju może 3x3 m i nie myśleliśmy jeszcze o...

Może inaczej –  myśl o dziecku odsuwaliśmy na POTEM.

Najpierw w planach było własne M. I udało się... Mamy...

Nawet jest w nim jeden pusty pokój dla Maluszka, Juniora (niekoniecznie chłopca).

 

Kolejnym punktem było odbicie się od dna z długami po zakupie – i kolejna myśl, że na razie nie stać nas na Dziecko. Aż w końcu przyszła ta myśl, impuls, pragnienie; a może zadziałał instynkt...

 

Odstawiłam tabletki (teraz myślę, że błędem było ich branie), które brałam przez prawie 4 lata bez przerwy. 17 maja 2001 (ostatnia tabletka). Nic jeszcze wtedy nie podejrzewałam, nawet przez myśl mi nie przeszło, że COŚ może być nie tak ... W końcu kłopoty z miesiączką miała też i mama, i ciocia, a jakoś w rodzinie dzieci nie brakowało. W rodzinie Męża też nie. A jednak…

 

Chodziłam regularnie do ginekologa, ale zawsze słyszałam jedno: „Nie ma się co martwić”. Lekarz uważał, że do dwóch lat bez zabezpieczenia to jeszcze nie problem, a ja starałam się dopiero rok. Ufałam mu, bo w końcu był ordynatorem w szpitalu, w mieście, w którym mieszkam, więc uważałam, że wie co robi. Ale w końcu przyszedł kres zaufania, bo ile można ? Zero badań poza tradycyjnym ginekologicznym.

 

Postanowiliśmy z Mężem, że pójdę do innego lekarza ... I tak od maja 2002 roku zaczęło się leczenie: hormony, monitorowanie cyklu, badanie nasienia męża. Jednak ciężko było mi zwalniać się z pracy, aby zdążyć na wizytę.

Z polecenia koleżanki wybrałam się więc do Docenta w Warszawie. Po pierwsze – On zajmował się leczeniem niepłodności i wiedział więcej niż lekarze w moim rodzinnym mieście; po drugie – nie musiałam zwalniać się z pracy, aby iść na wizytę. Kolejne monitorowanie cyklu, cytologia, leki... i pierwsza inseminacja (14.11.2002) wykonana w klinice do której zostałam skierowana przez Docenta (i w której leczę się do dziś). Potem druga (25.01.2003) i trzecia (12.04.2003).

 

W końcu decyzja o in vitro, ale musieliśmy odczekać trochę, aby zebrać fundusze. 5500 za zabieg to nie tak mało...

09.10.2003 – zaczęliśmy na nowo .......................................

 

Najpierw progesteron na wywołanie okresu; przez miesiąc tabletki antykoncepcyjne (stosowne, by wyciszyć jajniki); badanie krwi (m.in. WR, HIV, grupa); Decapeptyl depot. Zastrzyki Gonalu F po 2 amp. przez 9 dni, przez kolejne 4 dni po 3. Mój organizm owszem „wyprodukował” po kilka pęcherzyków – jajeczek, ale bardzo drobnych malutkich ... Decyzja, że przechodzę na Menogon po 4 amp. przez 4 dni. Pregnyl...

Punkcja...

 

Udało się pobrać 11 komórek. Mikromanipulacja ... i 8 Maluszków.

W niedziele pojechaliśmy na transfer. Zaproponowano nam transfer trzech zarodków ... Od razu powiedziałam „Zgoda”, tak bez namysłu. Potem ciut się bałam, że jakby się udało to czy podołam z Trojaczkami, ale to tylko była chwila ... Następnie przyszła RADOŚĆ i NADZIEJA. Żarty...że trzeba będzie dla dzieciaczków oddać duży pokój, bo w innym się nie zmieszczą. NADZIEJA... że to koniec zmartwień, że i My poczujemy smak rodzicielstwa, że dom wypełnią Słoneczka takie jak nasza bratanica. RADOŚĆ ... Wielka Radość ... Wybieranie imion. Słodkie słówka przed zaśnięciem.

Nadzieja, że będziemy mieli  malutkie prezenciki pod choinkę, że w Święta będziemy już nie sami – we Dwoje, ale będziemy z Naszymi Maleństwami ...

Na pobranie krwi szłam jak na skrzydłach, z lekkością i pewnością, jaką przekazywał mi Mąż: „Musi się udać”, „Wszystko Będzie OK.”. Myślałam sobie, że za 5 dni Święta, a ja już dziś dostanę prezent.

 

Wyniki miały być po południu...

I ja i Mąż czekaliśmy w napięciu... Mąż w Niemczech, ja w pracy. Wyrobiłam chyba wtedy z 200% norm ... Byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam usiedzieć na miejscu. Nie odzywałam się do koleżanek z pokoju ... i co godzinę słałam Mężowi sms-a.

 

Po 14-stej telefon: „Przykro mi, ale test jest negatywny. (...) Mimo wszystko życzę Państwu Wesołych Świąt”.

Ciężko taką wiadomość przekazać Mężowi sms-em...

Co nastąpiło potem łatwo się domyśleć ... Radość zamieniła się z Smutek, Żarty w Złość, a Nadzieja w Rozpacz ...

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

 

Czemu nam się nie udało ? Co było nie tak? Może robiłam coś nie tak? Za co ta kara?

Setka pytań, tysiące łez, miliony myśli ...

 

01.02.2004 – 44 dc.

Nadal nic. Sytuacja bez zmian ... Jak tej @ (miesiączki) nie było tak nie ma. Chyba muszę się jednak umówić na wizytę i poprosić o jakieś leki na wywołanie. A może zrobić sobie jeszcze jeden test ???

 

04.02.2004 – 47 dc.

Nadal nic. Co prawda robiłam już test ciążowy i raczej nie jestem, ale ... Kupiłam jeszcze jeden test.

Kiedy miałam jakąś nadzieję zawsze wstawałam wcześniej, aby go zrobić. Teraz gdy wiem z góry jaki będzie wynik ... no cóż, test leży już od trzech dni i zawsze rano przypominam sobie o nim jak wrócę z ubikacji. Chyba podświadomie nie chcę widzieć kolejnej samotnej kreski.

Ostatnio testy kupuje coraz to w innej aptece, bo w tej co kupowałam zawsze już zaczęli żartować „co ja z nimi robię?”

Fakt; co ja robię ???

Aha, ale zniżki mi nie chcieli dać J 

 

05.02.2004 – 48 dc.

Zrobiłam test. Tak jak przewidywałam – nic z tego L

Ale jednak cień nadziei przemknął mi przez głowę, przecież CUDA się czasem zdarzają... Cóż, widać nie u mnie.

 

09.02.2004 – 52 dc.

Już, już w weekend myślałam, że sama @ przyjdzie, ale nie... Odwidziało jej się...

Dzwoniłam dziś do kliniki, aby u mówić się na wizytę. Skoro natura sama nie przywołuje się do porządku, to trzeba przywołać ją siłą.

Szkoda tylko, że mój lekarz jest na urlopie, ale nie będę dłużej czekać !

 

11.02.2004 – 54 dc.

Dostałam Pregnyl na wywołanie i zobaczymy co będzie. Jak wystąpi to działamy, a jak i temu się oprze to kolejny miesiąc z głowy L Byle się nie załamywać.

 

13.02.2004 – 56 dc.

Ostatni zastrzyk z Pregnylu, ale nie o tym dziś.... Dziś jest spotkanko w San Marzano J

Boje się iść, bo nikogo tam nie znam. Z drugiej strony bardzo mnie tam ciągnie.

 

Byłam!

Podobało mi się i jak tylko będę mogła, na następne idę także.

Tak jak na stronkach Bociana wirtualnie, tak tam można było „na żywo” porozmawiać o dręczącym nas temacie...

Przecież nikt nie zrozumie, tego co przeżywamy, jeśli sam nie ma takich problemów. Jest przecież powiedzenie ludowe, które zawiera bardzo dużo prawdy: „Syty głodnego nie zrozumie”.

 

17.02.2004 – 1 dc.

JEST @ !!! J

Wieczorem dostałam!!!

Teraz spokojnie mogę umówić się na wizytę kontrolną i zaczynamy działać z mrozaczkami J J J

 

18.02.2004 – 2 dc.

Wizytę mam wyznaczoną na przyszły wtorek i będzie już mój doktor.

 

24.02.2004 – 8 dc.

Wszystko jest OK., możemy działać !

 

28.02.2004 – 12 dc. (sobota)

Ostatnia wizyta kontrolna. Transfer wyznaczony na poniedziałek.

Szkoda tylko, że Mąż nie będzie miał wolnego i pierwszy raz w takiej chwili będę sama L

 

 

01.03.2004 – 14 dc.

To dziś jest ten wielki dzień... Ciekawe jak tam zarodki ?

Boje się...

 

Rozmroziły się dwa J Trzeci niestety po rozmrożeniu nie chciał się rozwijać L

Lekarz mówił coś o nacięciu błonki na zarodku, aby mógł się lepiej wydostać po podziale i zagnieździć w moim brzuszku...

Wszystko poszło gładko... Jak zawsze...

Po transferze zamiast leżeć pół godziny według zaleceń, leżałam ponad 4. Ale miałam w perspektywie nie wygodny powrót  samochodem, ale drogę pociągiem. Pozawracałam więc troszkę głowę w Klinice i uparłam się, że nie wstanę tak szybko ;)

Test mam wyznaczony na piątek, za prawie dwa tygodnie.

 

08.03.2004 – 21 dc. (poniedziałek)

Strasznie się boję, co będzie w piątek. Poprzedni tydzień miałam urlop i prawie cały miałam spędzić w łóżku (skoro po poprzednim transferze poszłam zaraz do pracy). I spędziłam, ale nie tylko z tego powodu L Dopadło mnie przeziębienie: miałam gorączkę, katar i ból gardła L Uporałam się jednak z gorączką i gardłem, i to bez leków, bo bałam się jakieś wziąć aby nie zaszkodzić.

Samotny tydzień z myślami to nie jest ciekawe rozwiązanie.

Sama już nie wiem jak mam myśleć: Negatywnie – a jak wykraczę ?

Pozytywnie – a czy potem nie będzie większe rozczarowanie ?

Gdyby nie krótkie wizyty w kawiarence internetowej na stronach Boćka to chyba bym zbzikowała.

 

Dziś są moje imieniny i oczywiście Dzień Kobiet – takie podwójne święto.

W pracy jednak kogo to obchodzi... Właśnie dziś też dostałam propozycje pracy w Rybniku. Oczywiście propozycja ta jest tylko zachowaniem formy przyzwoitości mojego pracodawcy, bo przecież oczywiste jest że nikt nie przyjmie jego warunków. Nie przyjęłam, i co za tym idzie na koniec marca dostanę wypowiedzenie z pracy L

Takie życie... Nikt nie powiedział, że będzie ono łatwe L

Najbardziej jednak boli mnie fakt, że jeśli w piątek okaże się test negatywny to mogę już nie zostać mamą L Chyba, że zdarzy się CUD, w co nie wierze... Nie będę miała wtedy pieniędzy na dalsze leczenie. Może wystarczy mi na jeszcze jeden transfer zarodków, które mam, ale na kolejną stymulację i cały pełny cykl już nie L

 

25.01.2009 – 17dc. (niedziela)

Strasznie długo nie pisałam… Dlaczego ? Nie wiem.

Może zapomniałam, że na dnie szafy leży ten pamiętnik…

Może nie chciałam więcej przelewać na papier swoich smutków i żali, kolejnych niepowodzeń…

 

Poza upływem lat i tym, że jesteśmy już starsi to w sumie nic się nie zmieniło…

Jesteśmy już po kolejnym IVF – ICSI, które mieliśmy 04.2005. Tuż przed świętami Wielkiej Nocy – kolejna porażka L 

Potem przerwa, bo zaczęły się kłopoty zdrowotne. Lekarze nie umieli wyjaśnić co mi dolega, od czego dostaję ataków. Zdecydowałam się na operację i chyba się udało znaleźć powody. Jednak mój brzuch był nieźle rozcięty i musiały się zagoić blizny….

W tym czasie goiły się blizny fizyczne i przy okazji goiłam rany psychiczne…

Wiedziałam, że czekają na mnie moje Śnieżynki, że po nie wrócę, ale jeszcze nie w tej chwili.

 

Postanowiliśmy odpocząć od Kliniki, Lekarzy, tabletek, zastrzyków, poczekalni ….

Postanowiliśmy teraz powalczyć o Nas… Bo w tych ciągłych bojach o spełnienie największego marzenia, jakim jest Dziecko – mały skarb zatraciliśmy Siebie.

Postanowiłam przerobić PUSTY pokój „juniora” na cokolwiek, byle by nie stał pusty i by nie przypominał nam kolejnych porażek. Jednak podświadomie urządziłam go tak, że w każdej chwili może stanąć w nim łóżeczko…

 

I przyszedł czas, że znowu zjawiłam się u Lekarza z myślą: Czas zabrać do domu nasze kruszyny…

 

Jesteśmy w trakcie przygotowań do criotransferu i mam nadzieję, że uda się w tym cyklu a najpóźniej w następnym…

Nie tracę nadziei, że będę kiedyś Mamą a mój mąż Tatą, że będziemy RODZICAMI.

Nadzieja ta nie pozwala mi płakać… Czasem jednak trochę łkam w poduszkę, bo w końcu jestem tylko człowiekiem…

 

B.B. – w przygotowaniu do criotfansferu

1-10 of 46