Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Amai - widziałam bijące serduszko mojego maleństwa

opublikowane: 17 sty 2009, 03:55 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 28 sty 2009, 07:23 ]
Zaczęło się wspaniale. 4 miesiące po ślubie zaszłam w ciążę... miałam 20 lat. Nie brałam nic innego pod uwagę niż to, że za 9 miesięcy urodzę maleństwo. Niestety 4 tygodnie później zaczęłam krwawić.

Okazało się, że miałam torbiel na jajniku która pękła i spowodowała krwotok wewnętrzny. Operowali mnie jeszcze w tę samą noc.
Lekarka powiedziała, że ledwo mnie odratowali. Ciąża się nie utrzymała. Była to dla mnie tragedia, przecież tak bardzo pragnęłam tego dziecka...

Nie traciłam ani chwili. Jak tylko blizna po operacji się zagoiła, ponownie zaczęliśmy starać się o dziecko.

Niestety tym razem nie poszło tak szybko. Nie mogłam zajść w ciążę przez dwa lata, aż w końcu ukazały się dwie tak długo oczekiwane kreseczki :). Szczęście się podwoiło, kiedy lekarz powiedział mi, że będę mamusią nie jednego a dwojga maleństw. Byłam taka szczęśliwa. Myślałam że Bóg chce mi wynagrodzić utratę pierwszego dziecka.

Niestety się myliłam. Z ciążą od początku było coś nie tak. Miałam plamienia i lekarz kazał mi leżeć. Przeleżałam ponad 2 miesiące i przy jednej z wizyt usłyszałam: " Jest mi niezmiernie przykro" Te słowa chyba do końca życia utkną w mojej pamięci. Nie było bicia serduszek. Był to koniec 3 miesiąca...
Nie obyło się bez łyżeczkowania.

Mój świat się zawalił i wtedy zaczęłam się poważnie martwić. Zaczęły się badania nasienia, monitorowanie.... na początku jajeczko nie pękało, ale po 2 miesiącach brania bromergonu - zaczęło pękać.

Niestety mijały lata a w ciążę nie zachodziłam.

Przeszłam wiele zabiegów jak laparoskopia czy HSG....wszystko bylo ok, nasienie męza również.
Przeszłam przez 3 inseminacje... niestety i to się nie udało.

Po 8 latach leczenia niepłodności zdecydowaliśmy sie na in vitro. Kosztowało nas to dużo nerwów, zdrowia i pieniędzy. Przechodziłam koszmar biorąc leki... czułam sie tragicznie.
Nasz świat się zawalił, gdy po miesiącach męczarni okazało się,  że i to się nie udało... ciąży brak.

Złożyliśmy papiery o adpocję. Jednak nadal nie traciłam nadziei, że będę nosiła swoje dziecko pod sercem. Postanowiliśmy, że spróbujemy jeszcze raz.... wszystko zaczęlo sie od nowa.... leki, punkcja, transfer.

Tym razem podchodziłam do tego z większym dystansem, byłam skupiona na adopcji i trzymałam się tego, że co by się nie wydarzylo, to i tak będę mamą.
Kiedy szłam do laboratorium robić test ciążowy, byłam nastawiona na to, że będzie on znowu negatywny. Byłam w szoku, gdy mąz po odbiorze wyników z przerażeniem w głosie powiedział... UDAŁO SIĘ!!!! JESTEŚ W CIĄŻY!!!

Nie moglam w to uwierzyć, że po tylu latach walki w końcu się udało.

Kilka dni temu widziałam bijące serduszko mojego maleństwa. To piękne uczucie, którego bym nigdy nie zaznała, gdyby nie in vitro.

Amai (w ciąży po in vitro)
Comments