Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Ania - Boję się, że cud zdarza się tylko jeden raz w życiu...

opublikowane: 4 mar 2009, 05:25 przez PaniJuti

Nasza historia zaczyna się jak każda, sielanka- poznajemy się, zakochujemy i choć dzieli nas 400 km. po 1.5roku dojeżdżania decyzja o ślubie. Mąż przenosi się do mojego miasta, kupujemy mieszkanie i tradycyjnie decyzja o dziecku. Nigdy się nie zabezpieczaliśmy. Czas płynął, ciąży nie było a ja zaczynałam myśleć, że to na pewno ze mną coś jest nie tak.

Pamiętam to jak dziś, pewnego dnia w pracy miałam do czynienia z petentem, który okazał się wróżbitą. Chociaż go o to nie prosiłyśmy, zaczął tak dla zabawy wróżyć mi i koleżance. Zarówno mnie jak i jej powiedział wiele wydarzeń z przeszłości, które się zgadzały, byłyśmy w szoku. Na koniec powiedział do mnie: Będzie pani miała problemy z zajściem w ciążę, ale koniec końców będzie pani miała syna. Zasiał we mnie ziarno niepokoju.

Minęły dwa lata, przepowiednia jakby się spełniała.  Cały czas przekonana, że powodem braku ciąży może być tylko problem ze strony kobiety, wreszcie dopuściłam do siebie myśl, że nie ma na co dłużej czekać. Teraz już wiem, że i tak czekałam za długo i zmarnowałam co najmniej dwa lata. Na szczęście ominęły mnie wizyty u ginekologów nie specjalizujących się w niepłodności i od razu trafiłam do odpowiedniego lekarza.

Pierwsza wizyta, wizualnie tzn. usg ok., zlecone różne badania. Druga wizyta z wynikami i wszystko w porządku. I wtedy te słowa lekarza, których nie zapomnę nigdy: Niech pani nic na razie nie mówi mężowi, ale przypuszczam, że problem będzie leżał po jego stronie, kolejny raz proszę przyjść z mężem i niech odda nasienie do badania. Jakże wtedy byłam głupia i naiwna, bo pomyślałam: kamień z serca, za mną wszystko dobrze, a nawet jak wyniki męża będą złe to przecież na pewno żaden problem i szybko da się coś z tym zrobić. Oh jak strasznie się wtedy myliłam, trudno się dziwić- nie miałam zielonego pojęcia, że nie ma stuprocentowych metod leczenia niepłodności męskiej.  Jak łatwo przewidzieć następna wizyta nie pozostawiła nam złudzeń, bowiem okazało się, że wyniki są tragiczne. Lekarz powiedział, że postara się polepszyć jakość nasienia lekami, ale gwarancji nie daje, może się okazać, że ulegną one nawet pogorszeniu. Była to zaledwie trzecia wizyta, a my już dowiedzieliśmy się, że istnieje b. duże prawdopodobieństwo, że jedyną szansą będzie in vitro. Ja przez długi czas nie wierzyłam w to, co się dzieje, myślałam, że za chwilę się obudzę i zły czar pryśnie. Znalazłam jednak siły do walki i się zaczęło, kilka miesięcy brania przez męża leków, wyniki bez zmian. Zamiana leków i wyrok- albo te pomogą albo to koniec leczenia, bo innych metod nie ma. Pomyślałam: jak to i to już wszystko, co współczesna medycyna ma mi do zaproponowania? Kolejne miesiące leczenia, wyniki jakby drgnęły i pojawiło się światełko w tunelu. Po pół roku z duszą na ramieniu, bo miało się definitywnie rozstrzygnąć, czy leczenie się powiodło, poszliśmy do lekarza.

To był cud, jak wyraził się lekarz, mówił, że sam raczej wątpił w efekty, ale udało się! Pojawiła się, nikła bo nikła, ale zawsze, nadzieja, że naturalnie zajdziemy w ciążę. Następnym krokiem był tzw. test po stosunku aby określić, jak te cherlawe plemniczki czują się we mnie i jak daleko są w stanie dotrzeć. Wyznaczony został prawie co do godziny czas, kiedy „mamy działać”. No to według zaleceń „działaliśmy” a następnego dnia u lekarza okazało się, że test wyszedł słabo pozytywny, co dawało nam jakieś szanse. Dalsze decyzje co do leczenia miały nastąpić niebawem.

Tymczasem miesiączka spóźniała mi się a mi to głowy nie przyszło, że mogę być w ciąży, aż na taki cud nie liczyłam. W końcu na odczepnego zrobiłam test i  stał się cud- dwie kreski.

Na wizycie lekarz ostudził moje emocje, bo wymiary pęcherzyka nie były książkowe i jak się wyraził mam się jeszcze nie chwalić rodzinie. Po dwóch tygodniach zobaczyłam bijące serduszko, mój skarb miał już odpowiednie rozmiary i mogłam zacząć się cieszyć. Zdjęcie z usg powiesiłam na lodówce i życie znowu miało sens. Planowałam imiona, cieszyłam się porannymi mdłościami, rozglądałam się za odzieżą ciążową. Aż pewnego dnia zobaczyłam, że z komody zniknął mój pozytywny test ciążowy, pozostawiony na pamiątkę, bo miał się znaleźć na pierwszej stronie albumu ze zdjęciami naszego dziecka. Okazało się, że mąż podczas sprzątania go wyrzucił. To niestety był znak.

Na kolejnej wizycie okazało się, że nasze dziecko nie żyje, przestało się rozwijać i trzeba wywołać poronienie. Tego, co przeżyłam nie życzę nikomu, wyłam jak zabijane zwierzę, chciałam umrzeć jak najszybciej. Na dodatek, gdy w szpitalu wywołane poronienie było w toku i gdy wyjmowano ze mnie moje dziecko, ja odwróciłam głowę i widziałam tą czerwoną kuleczkę, która miała być moim cudem, jak wkładają ją do szklanego naczynia do badań histopatologicznych. Ten widok mam przed oczami do dziś.

Bardzo długo podnosiłam się z depresji, nie pomogły mi w tym pocieszenia koleżanki, z wykształcenia o zgrozo psycholożki, która przekonywała mnie, że dobrze, że to się stało tak wcześnie, bo  nie zdążyłam się zżyć z dzieckiem!

Miałam nadzieję, że skoro raz się udało, to wszystko przed jeszcze przed nami.

Niestety wyniki męża się pogorszyły a leki, które poprzednio przyniosły efekty, już tym razem w ogóle nie działają. Nasienie jeszcze ewentualnie nadawało się do inseminacji.

Mieliśmy ich 6, co miesiąc nasze życie wyglądało tak samo- dwa tygodnia przygotowań, nadziei, zabieg a potem czekanie i nic i nic i znowu łzy i od nowa. Aż w końcu klamka zapadła- jedyną szansą na biologiczne dziecko jest in vitro- nieodwołalnie.

Załamałam się totalnie i przyznam Wam się do czegoś. W tej rozpaczy pierwszy i ostatni raz wykrzyczałam mężowi, że zniszczył mi życie i że przez niego nie mogę być matką. Bardzo się tego wstydzę i żałuję. On poszedł na balkon, a gdy za nim wyszłam zobaczyłam mojego męża, jak siedzi skulony w rogu a łzy jak grochy kapią mu na podłogę. Chłop jak dąb płakał jak małe dziecko, Boże jak ja go zraniłam. Nigdy nie powinnam czegoś takiego powiedzieć, ale nie jestem święta i jestem tylko człowiekiem. Na szczęście wybaczył mi. Kocham go bardzo.

Nasza walka trwa 4 lata, mamy z sobą 2 nieudane in vitro, właśnie liżę rany po tym drugim podejściu. I tylko jedno mnie zastanawia, czy ten cud, który się nam zdarzył kiedyś się powtórzy, czy już wyczerpałam przydział cudów. Jeśli wierzyć przepowiedni to będę miała syneczka, ale mam już coraz mniej sił  i nadziei.

 

 Ania, 34 lata, może jeszcze wystarczy sił do trzeciego podejścia

Comments