Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Ania - pięć lat starań

opublikowane: 21 sty 2009, 23:20 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 21 sty 2009, 23:30 ]
 

Życie zawsze pisało mi piękny scenariusz, najpierw skończona szkoła, grono świetnych przyjaciół, dobra praca i w końcu cudowny człowiek, który wybrał mnie na żonę.

Ślub jak z bajki, start w nowe życie nie zapowiadało żadnych nieszczęść... każdego dnia dziękowałam Bogu za wszystko co dostałam od życia. Przez pierwszy rok małżeństwa cieszyliśmy się sobą, zwiedzaliśmy świat, choć pomału zaczęliśmy odczuwać pustkę w domu i ciszę.

 

Postanowiliśmy zapełnić tę lukę śmiechem dziecka… i w tym momencie czar prysł jak bańka mydlana. Po roku starań w domowym zaciszu postanowiliśmy zrobić wyniki. Mąż poszedł na pierwszy ogień - okazało się że jest za mało plemników. Kuracja, witaminy i wyniki się poprawiły. Próbowaliśmy dalej, niestety bez skutków. Zaczęliśmy szukać pomocy u ginekologów - niestety jeden po drugim potrafili tylko obiecywać i brać pieniądze. Z każdym dniem było gorzej, cisza w domu aż dudniła nam w uszach... nie mieliśmy porobionych badań, nikt nie stwierdził że jestem chora, a znajomi w kółko pytali kiedy stworzymy rodzinę.

Czas płynął...

 

Pewnego dnia weszłam na forum "Nasz Bocian"- i tam pojawiła się nadzieja. Postanowiliśmy spróbować leczenia w klinice w Warszawie. Umówieni na wizytę pojechaliśmy do stolicy (300km w jedną stronę) - tego dnia pomimo mrozu była piękna, słoneczna pogoda (znak?). Już po pierwszym spotkaniu z kompetentnym, cudownym lekarzem wiedziałam, że trafiliśmy w odpowiednie miejsce- nawet śmiałam się do męża, że tam anioły pracują- nie lekarze. Dostałam listę badań do wykonania dla siebie i męża i tak kolejny miesiąc robiliśmy wszystko według listy. Fachowe podejście do problemu sprawiło, że poznaliśmy przyczynę naszych niepowodzeń - u męża plemniki - ilość wystarczająca, ale niestety większość obumierała bardzo szybko, inne klasy B C co nie dawało szans na poczęcie w naturalny sposób. Ja natomiast zespół PCO, niedrożność jajowodu i strasznie wysoki hormon. Mimo przerażenia wynikami wierzyłam że jesteśmy w dobrych rękach.

 

Zaczęły się przygotowania do in vitro. Następne badania, recepty na zastrzyki, zapas tabletek i wiara że się uda. Stymulacja przebiegała strasznie, zastrzyki przez PCO spowodowały gwałtowne naprodukowanie jajeczek, co spowodowało że w jednym jajniku miałam aż 50 pęcherzyków! Lekarze postanowili natychmiast przerwać proces stymulacji mając nadzieję, że pęcherzyki wchłoną się a nie pękną, bo spowodowałoby to wylew wody do płuc. Kuracja została przerwana i wróciliśmy do domu.

 

Po kilku miesiącach można było próbować od nowa. Znowu pojawiły się zastrzyki, leki i wiara, że Bóg będzie łaskawy. Wszystko skończyło się dobrze, choć znowu było groźnie, bo wyrosło dużo jajeczek, pobrano mi przez punkcję 20, z czego zapłodniło się 17 ku ogromnej naszej radości. Podano mi jeden, piękny zarodek, który wcześniej obejrzeliśmy na monitorze. Pokochałam ten embrion w momencie gdy tylko ujrzałam, mąż przytulił mnie mocno, lekarz uśmiechnął się i poszliśmy dokonać tego cudu. Mąż cały czas trzymał mnie za rękę, leciała cicha muzyka i dokonywał się cud. Zostaliśmy sami - to było piękne i niezapomniane.

 

Wróciliśmy do domu i czekaliśmy na owoc naszej miłości. Niestety okazało się, że nie dane mi było tym razem cieszyć się... maleństwo odeszło. Przepłakałam wiele nocy, już nie chciałam więcej próbować.

 

Postanowiliśmy pójść do ośrodka adopcyjnego. Poznaliśmy nowych ludzi z takim samym problemem, ukończyliśmy kurs i czekaliśmy na TEN telefon. Jednak po roku od jego skończenia nikt nie dzwonił, a przypomniałam sobie o konieczności opłacenia zarodków w klinice. Wysłałam przekaz i zadzwoniłam do kliniki i umówiłam się na wizytę! Do tej pory nie wiem dlaczego - to był impuls. Mąż nie mógł uwierzyć, ale ucieszył się bardzo. Jeszcze w tym samym miesiącu pojechaliśmy do Warszawy. Nigdy nie zapomnę tego letniego dnia. Świeciło piękne słońce, wokół kliniki kwitły róże a my przyjechaliśmy po nasze dzieci. Czułam tego dnia że Bóg mnie wysłucha. Najpierw z lekarką obejrzeliśmy dwa piękne zarodki, później podano mi je do macicy. Mąż był przy mnie, razem patrzyliśmy jak staje się cud. Gdy było po wszystkim popłakałam się i powiedziałam: „Kochanie jestem w ciąży”. Wróciliśmy do domu... to było magiczne 14 dni, rozmawiałam z brzuchem, modliłam się do Boga, by pomógł im zostać i gdy przyszedł czas testu byłam spokojna.

 

Wynik z krwi potwierdził, że stał się CUD. Wynik był tak duży że lekarz z kliniki powiedział że powtarzać nie trzeba, ale ja zrobiłam jeszcze dwa domowe i jeden z krwi. Przez kilka dni nie mogłam uwierzyć że pod sercem noszę dziecko - moje dziecko, mój skarb, moje szczęście! Pierwsze USG było niezapomnianie, zobaczyliśmy bijące serduszko i usłyszeliśmy jego dźwięk. Płakaliśmy, długo płakaliśmy ze szczęścia.

 

Teraz mój synek śpi sobie spokojnie w łóżeczku. Dzisiaj był u babci z okazji jej Święta i zrobił w prezencie dwa kroczki ku wielkiej radości rodziny. Jest całym naszym światem, gdy przytula się do mnie, to czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Urodziłam zdrowe, cudowne dziecko i jestem wdzięczna Bogu, że jego łaska i wola taka była. Nie zapomniałam jednak o pozostałych maluchach, one czekają tam na mnie i wiem że już niedługo mój synek będzie miał rodzeństwo. A jeżeli zostaną zarodki, to oddamy potrzebującej parze - my rozumiemy jak ważna jest w życiu szczęśliwa rodzina i dom w którym słychać śmiech dziecka i dźwięk radującego się serca!

 

Ania - mama Gabrysia z in vitro
Comments