Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Brulion B.B. - Nadzieja nie pozwala mi płakać. Czasem jednak łkam w poduszkę.

opublikowane: 26 sty 2009, 05:44 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 26 sty 2009, 07:42 ]

 

24.01.2004 – 36 dc. (dzień cyklu)

Siedzę sama w domu i czekam ... na co ?

Na krwawienie.

 

To nie tak, że czekam, bo sprawi mi to radość, że jeszcze nie teraz...

Czekam, bo będę mogła zacząć dalszą walkę.

 

Ludzei „walczą” lub wszystko los podaje im na tacy. Myślałam, że ja należę do tej drugiej grupy ...

 

Ale cofnijmy się w czasie...

 

Leżę na łóżku, wkoło mnie stare kalendarze ...

 

Mam 28 lat, a mój Mąż w tym roku 30-stkę.

 

Zdobywanie kolejnych rzeczy i spełnianie marzeń szło mi, może nie jak po maśle, ale nie narzekałam ... Matura, pierwsza praca ... Nawet niepowodzenie ze studiami jakoś nie bardzo mnie bolało, bo wkrótce przyszła MIŁOŚĆ

 

Potajemne wzdychanie do tego jedynego i po dwóch latach byliśmy już parą, po kolejnym roku pobraliśmy się. Mieszkaliśmy u moich rodziców w pokoju może 3x3 m i nie myśleliśmy jeszcze o...

Może inaczej –  myśl o dziecku odsuwaliśmy na POTEM.

Najpierw w planach było własne M. I udało się... Mamy...

Nawet jest w nim jeden pusty pokój dla Maluszka, Juniora (niekoniecznie chłopca).

 

Kolejnym punktem było odbicie się od dna z długami po zakupie – i kolejna myśl, że na razie nie stać nas na Dziecko. Aż w końcu przyszła ta myśl, impuls, pragnienie; a może zadziałał instynkt...

 

Odstawiłam tabletki (teraz myślę, że błędem było ich branie), które brałam przez prawie 4 lata bez przerwy. 17 maja 2001 (ostatnia tabletka). Nic jeszcze wtedy nie podejrzewałam, nawet przez myśl mi nie przeszło, że COŚ może być nie tak ... W końcu kłopoty z miesiączką miała też i mama, i ciocia, a jakoś w rodzinie dzieci nie brakowało. W rodzinie Męża też nie. A jednak…

 

Chodziłam regularnie do ginekologa, ale zawsze słyszałam jedno: „Nie ma się co martwić”. Lekarz uważał, że do dwóch lat bez zabezpieczenia to jeszcze nie problem, a ja starałam się dopiero rok. Ufałam mu, bo w końcu był ordynatorem w szpitalu, w mieście, w którym mieszkam, więc uważałam, że wie co robi. Ale w końcu przyszedł kres zaufania, bo ile można ? Zero badań poza tradycyjnym ginekologicznym.

 

Postanowiliśmy z Mężem, że pójdę do innego lekarza ... I tak od maja 2002 roku zaczęło się leczenie: hormony, monitorowanie cyklu, badanie nasienia męża. Jednak ciężko było mi zwalniać się z pracy, aby zdążyć na wizytę.

Z polecenia koleżanki wybrałam się więc do Docenta w Warszawie. Po pierwsze – On zajmował się leczeniem niepłodności i wiedział więcej niż lekarze w moim rodzinnym mieście; po drugie – nie musiałam zwalniać się z pracy, aby iść na wizytę. Kolejne monitorowanie cyklu, cytologia, leki... i pierwsza inseminacja (14.11.2002) wykonana w klinice do której zostałam skierowana przez Docenta (i w której leczę się do dziś). Potem druga (25.01.2003) i trzecia (12.04.2003).

 

W końcu decyzja o in vitro, ale musieliśmy odczekać trochę, aby zebrać fundusze. 5500 za zabieg to nie tak mało...

09.10.2003 – zaczęliśmy na nowo .......................................

 

Najpierw progesteron na wywołanie okresu; przez miesiąc tabletki antykoncepcyjne (stosowne, by wyciszyć jajniki); badanie krwi (m.in. WR, HIV, grupa); Decapeptyl depot. Zastrzyki Gonalu F po 2 amp. przez 9 dni, przez kolejne 4 dni po 3. Mój organizm owszem „wyprodukował” po kilka pęcherzyków – jajeczek, ale bardzo drobnych malutkich ... Decyzja, że przechodzę na Menogon po 4 amp. przez 4 dni. Pregnyl...

Punkcja...

 

Udało się pobrać 11 komórek. Mikromanipulacja ... i 8 Maluszków.

W niedziele pojechaliśmy na transfer. Zaproponowano nam transfer trzech zarodków ... Od razu powiedziałam „Zgoda”, tak bez namysłu. Potem ciut się bałam, że jakby się udało to czy podołam z Trojaczkami, ale to tylko była chwila ... Następnie przyszła RADOŚĆ i NADZIEJA. Żarty...że trzeba będzie dla dzieciaczków oddać duży pokój, bo w innym się nie zmieszczą. NADZIEJA... że to koniec zmartwień, że i My poczujemy smak rodzicielstwa, że dom wypełnią Słoneczka takie jak nasza bratanica. RADOŚĆ ... Wielka Radość ... Wybieranie imion. Słodkie słówka przed zaśnięciem.

Nadzieja, że będziemy mieli  malutkie prezenciki pod choinkę, że w Święta będziemy już nie sami – we Dwoje, ale będziemy z Naszymi Maleństwami ...

Na pobranie krwi szłam jak na skrzydłach, z lekkością i pewnością, jaką przekazywał mi Mąż: „Musi się udać”, „Wszystko Będzie OK.”. Myślałam sobie, że za 5 dni Święta, a ja już dziś dostanę prezent.

 

Wyniki miały być po południu...

I ja i Mąż czekaliśmy w napięciu... Mąż w Niemczech, ja w pracy. Wyrobiłam chyba wtedy z 200% norm ... Byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam usiedzieć na miejscu. Nie odzywałam się do koleżanek z pokoju ... i co godzinę słałam Mężowi sms-a.

 

Po 14-stej telefon: „Przykro mi, ale test jest negatywny. (...) Mimo wszystko życzę Państwu Wesołych Świąt”.

Ciężko taką wiadomość przekazać Mężowi sms-em...

Co nastąpiło potem łatwo się domyśleć ... Radość zamieniła się z Smutek, Żarty w Złość, a Nadzieja w Rozpacz ...

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

 

Czemu nam się nie udało ? Co było nie tak? Może robiłam coś nie tak? Za co ta kara?

Setka pytań, tysiące łez, miliony myśli ...

 

01.02.2004 – 44 dc.

Nadal nic. Sytuacja bez zmian ... Jak tej @ (miesiączki) nie było tak nie ma. Chyba muszę się jednak umówić na wizytę i poprosić o jakieś leki na wywołanie. A może zrobić sobie jeszcze jeden test ???

 

04.02.2004 – 47 dc.

Nadal nic. Co prawda robiłam już test ciążowy i raczej nie jestem, ale ... Kupiłam jeszcze jeden test.

Kiedy miałam jakąś nadzieję zawsze wstawałam wcześniej, aby go zrobić. Teraz gdy wiem z góry jaki będzie wynik ... no cóż, test leży już od trzech dni i zawsze rano przypominam sobie o nim jak wrócę z ubikacji. Chyba podświadomie nie chcę widzieć kolejnej samotnej kreski.

Ostatnio testy kupuje coraz to w innej aptece, bo w tej co kupowałam zawsze już zaczęli żartować „co ja z nimi robię?”

Fakt; co ja robię ???

Aha, ale zniżki mi nie chcieli dać J 

 

05.02.2004 – 48 dc.

Zrobiłam test. Tak jak przewidywałam – nic z tego L

Ale jednak cień nadziei przemknął mi przez głowę, przecież CUDA się czasem zdarzają... Cóż, widać nie u mnie.

 

09.02.2004 – 52 dc.

Już, już w weekend myślałam, że sama @ przyjdzie, ale nie... Odwidziało jej się...

Dzwoniłam dziś do kliniki, aby u mówić się na wizytę. Skoro natura sama nie przywołuje się do porządku, to trzeba przywołać ją siłą.

Szkoda tylko, że mój lekarz jest na urlopie, ale nie będę dłużej czekać !

 

11.02.2004 – 54 dc.

Dostałam Pregnyl na wywołanie i zobaczymy co będzie. Jak wystąpi to działamy, a jak i temu się oprze to kolejny miesiąc z głowy L Byle się nie załamywać.

 

13.02.2004 – 56 dc.

Ostatni zastrzyk z Pregnylu, ale nie o tym dziś.... Dziś jest spotkanko w San Marzano J

Boje się iść, bo nikogo tam nie znam. Z drugiej strony bardzo mnie tam ciągnie.

 

Byłam!

Podobało mi się i jak tylko będę mogła, na następne idę także.

Tak jak na stronkach Bociana wirtualnie, tak tam można było „na żywo” porozmawiać o dręczącym nas temacie...

Przecież nikt nie zrozumie, tego co przeżywamy, jeśli sam nie ma takich problemów. Jest przecież powiedzenie ludowe, które zawiera bardzo dużo prawdy: „Syty głodnego nie zrozumie”.

 

17.02.2004 – 1 dc.

JEST @ !!! J

Wieczorem dostałam!!!

Teraz spokojnie mogę umówić się na wizytę kontrolną i zaczynamy działać z mrozaczkami J J J

 

18.02.2004 – 2 dc.

Wizytę mam wyznaczoną na przyszły wtorek i będzie już mój doktor.

 

24.02.2004 – 8 dc.

Wszystko jest OK., możemy działać !

 

28.02.2004 – 12 dc. (sobota)

Ostatnia wizyta kontrolna. Transfer wyznaczony na poniedziałek.

Szkoda tylko, że Mąż nie będzie miał wolnego i pierwszy raz w takiej chwili będę sama L

 

 

01.03.2004 – 14 dc.

To dziś jest ten wielki dzień... Ciekawe jak tam zarodki ?

Boje się...

 

Rozmroziły się dwa J Trzeci niestety po rozmrożeniu nie chciał się rozwijać L

Lekarz mówił coś o nacięciu błonki na zarodku, aby mógł się lepiej wydostać po podziale i zagnieździć w moim brzuszku...

Wszystko poszło gładko... Jak zawsze...

Po transferze zamiast leżeć pół godziny według zaleceń, leżałam ponad 4. Ale miałam w perspektywie nie wygodny powrót  samochodem, ale drogę pociągiem. Pozawracałam więc troszkę głowę w Klinice i uparłam się, że nie wstanę tak szybko ;)

Test mam wyznaczony na piątek, za prawie dwa tygodnie.

 

08.03.2004 – 21 dc. (poniedziałek)

Strasznie się boję, co będzie w piątek. Poprzedni tydzień miałam urlop i prawie cały miałam spędzić w łóżku (skoro po poprzednim transferze poszłam zaraz do pracy). I spędziłam, ale nie tylko z tego powodu L Dopadło mnie przeziębienie: miałam gorączkę, katar i ból gardła L Uporałam się jednak z gorączką i gardłem, i to bez leków, bo bałam się jakieś wziąć aby nie zaszkodzić.

Samotny tydzień z myślami to nie jest ciekawe rozwiązanie.

Sama już nie wiem jak mam myśleć: Negatywnie – a jak wykraczę ?

Pozytywnie – a czy potem nie będzie większe rozczarowanie ?

Gdyby nie krótkie wizyty w kawiarence internetowej na stronach Boćka to chyba bym zbzikowała.

 

Dziś są moje imieniny i oczywiście Dzień Kobiet – takie podwójne święto.

W pracy jednak kogo to obchodzi... Właśnie dziś też dostałam propozycje pracy w Rybniku. Oczywiście propozycja ta jest tylko zachowaniem formy przyzwoitości mojego pracodawcy, bo przecież oczywiste jest że nikt nie przyjmie jego warunków. Nie przyjęłam, i co za tym idzie na koniec marca dostanę wypowiedzenie z pracy L

Takie życie... Nikt nie powiedział, że będzie ono łatwe L

Najbardziej jednak boli mnie fakt, że jeśli w piątek okaże się test negatywny to mogę już nie zostać mamą L Chyba, że zdarzy się CUD, w co nie wierze... Nie będę miała wtedy pieniędzy na dalsze leczenie. Może wystarczy mi na jeszcze jeden transfer zarodków, które mam, ale na kolejną stymulację i cały pełny cykl już nie L

 

25.01.2009 – 17dc. (niedziela)

Strasznie długo nie pisałam… Dlaczego ? Nie wiem.

Może zapomniałam, że na dnie szafy leży ten pamiętnik…

Może nie chciałam więcej przelewać na papier swoich smutków i żali, kolejnych niepowodzeń…

 

Poza upływem lat i tym, że jesteśmy już starsi to w sumie nic się nie zmieniło…

Jesteśmy już po kolejnym IVF – ICSI, które mieliśmy 04.2005. Tuż przed świętami Wielkiej Nocy – kolejna porażka L 

Potem przerwa, bo zaczęły się kłopoty zdrowotne. Lekarze nie umieli wyjaśnić co mi dolega, od czego dostaję ataków. Zdecydowałam się na operację i chyba się udało znaleźć powody. Jednak mój brzuch był nieźle rozcięty i musiały się zagoić blizny….

W tym czasie goiły się blizny fizyczne i przy okazji goiłam rany psychiczne…

Wiedziałam, że czekają na mnie moje Śnieżynki, że po nie wrócę, ale jeszcze nie w tej chwili.

 

Postanowiliśmy odpocząć od Kliniki, Lekarzy, tabletek, zastrzyków, poczekalni ….

Postanowiliśmy teraz powalczyć o Nas… Bo w tych ciągłych bojach o spełnienie największego marzenia, jakim jest Dziecko – mały skarb zatraciliśmy Siebie.

Postanowiłam przerobić PUSTY pokój „juniora” na cokolwiek, byle by nie stał pusty i by nie przypominał nam kolejnych porażek. Jednak podświadomie urządziłam go tak, że w każdej chwili może stanąć w nim łóżeczko…

 

I przyszedł czas, że znowu zjawiłam się u Lekarza z myślą: Czas zabrać do domu nasze kruszyny…

 

Jesteśmy w trakcie przygotowań do criotransferu i mam nadzieję, że uda się w tym cyklu a najpóźniej w następnym…

Nie tracę nadziei, że będę kiedyś Mamą a mój mąż Tatą, że będziemy RODZICAMI.

Nadzieja ta nie pozwala mi płakać… Czasem jednak trochę łkam w poduszkę, bo w końcu jestem tylko człowiekiem…

 

B.B. – w przygotowaniu do criotfansferu
Comments