Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Ewa - wymodlone dziecko

opublikowane: 13 sty 2009, 02:19 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 28 sty 2009, 07:19 ]

Zostałam nazwana morderczynią zarodków. To są bardzo mocne słowa. Nie wolno tak mówić.

Nie boję się przyznać, że przeprowadziłam in vitro. Dziecku też powiem, jak do tego dorośnie. Jestem w 25. tygodniu ciąży. To jest wyczekane, wymodlone dziecko. Cud, że się udało, miałam małe szanse, a udało się za pierwszą próbą in vitro. To była dla mnie jedyna droga, by zostać matką. Czy mam się czuć winna, że manipuluję zarodkami? Przecież ja nie chcę mieć niebieskookiego blondyna, chodzi mi tyllko o to, by wybrać zarodek, z którego powstanie dziecko. Szanse na powodzenie in vitro to 20 -30 proc. Dlaczego je jeszcze obniżać zakazem selekcji zarodków?

Atmosfera jest taka, że ludzie boją się przyznać, że leczą się z niepłodności. Ja też czuję się napiętnowana. Jak będę chrzciła dziecko, nie przyznam się, że zrobiłam in vitro. Naruszę warunki spowiedzi i nie przyznam się do tego grzechu. Mam jednak dylemat moralny: czy rzeczywiście grzeszę?  A jednocześnie dziękuję Bogu, że mi się to udało. Codziennie się modlę. Jak to pogodzić - noszę w sobie życie, a różne gadające głowy mówią, że przedkładam własny egoizm nad dobro zarodka, który jest zamrożony. I co ja mam teraz myśleć? Mam czuć się winna?
 
Ewa (w ciąży po in vitro)
Comments