Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Inka - dwa bijące serduszka na usg

opublikowane: 13 sty 2009, 02:16 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 27 sty 2009, 00:11 ]
Po 3 latach leczenia jestem w ciąży dzięki zabiegowi ICSI.
Chyba nie muszę pisać, co czułam w chwili, gdy już całkowicie straciłam nadzieję, że ICSI się udało, a pielęgniarka powiedziała mi, że jestem w ciąży. Płakałam. Bo wreszcie – po latach starań, walki, cierpienia, stał się nasz mały CUD. Gdy 2 tygodnie później zobaczyliśmy na USG dwa bijące serduszka… nigdy nie zapomnę tej chwili.
Nawet teraz, pisząc te słowa, mam łzy w oczach.

Zamiast jednak cieszyć się upragnioną ciążą, przeżywam dylematy. In vitro porównuje się z aborcją. Jak mam się cieszyć z macierzyństwa w takiej atmosferze? Czym nasze dzieci zasłużyły na takie traktowanie? W tej burzliwej dyskusji o in vitro wszyscy zapalczywi mówcy zapominają, że za roztrząsaniem, czy to jest godny sposób powoływania dziecka na świat, czy nie, stoją żywi ludzie. Życzę tym, którzy mówią te wszystkie straszne rzeczy, by choć przez chwilę poczuli, jak to jest, kiedy ktoś bardzo pragnie dziecka i nie może go mieć. Kiedy słyszę, że leczenie na siłę jest egoizmem, pytam: a co w tym złego, że chcemy mieć dziecko? Nie chcę mieć zabawki, którą będę przebierać w nowe sukieneczki, ani kogoś, kim się będę wysługiwać. Chcemy mieć normalną rodzinę ze szkrabami, które będziemy kochać, opiekować się, wychowywać.

Dziś, gdy jestem w ciąży mogłabym powiedzieć – mnie już to nie dotyczy. Mi ustawa nie jest potrzebna… Ale boli mnie to, w jaki sposób o nas – osobach dotkniętych niepłodnością – mówi się w mediach. Egoiści? Ułomni? Żadna z nas ani żaden z naszych partnerów nie zasłużył na chorobę. Nie jest ona karą za żadne grzechy. Po prostu – jesteśmy dotknięci chorobą i właśnie tak chcemy być postrzegani. Ale rzeczywistość jest zupełnie inna. Kobiety obwiniane są o świadome narażanie swojego zdrowia, co skutkuje niepłodnością. Mężczyźni często są obiektem kpin i żartów – wysłuchują propozycji "Jeśli masz problem, to może my ci pomożemy, he, he".

W sprawie niepłodności jest mnóstwo doradców. Wiedzą lepiej niż ja, że lepsza jest naprotechnologia, adopcja albo wręcz rezygnacja z dzieci. To nieuczciwe. Nie można radzić komuś, jeżeli nie zna się jego problemu. Politycy czy księża mówią o adopcji, a nie wiedzą, że domy dziecka pełne są dzieci, których nie można adoptować, albo że ośrodki adopcyjne nie przyjmują dokumentów, bo tylu jest chętnych. Wszyscy zapominają, że więzi, jaka powstaje między ciężarną matką a jej dzieckiem, nic nie zastąpi. I – to co najważniejsze – adopcja jest dla ludzi, którzy są gotowi podjąć świadomie taką decyzję. My nie byliśmy gotowi.

Teraz, kiedy jestem w ciąży, słyszę, że kobiety takie jak ja, czyli chore na niepłodność, są same sobie winne. Nie mogą mieć dzieci, bo były rozwiązłe, dokonały aborcji, brały tabletki antykoncepcyjne. Nie wiem, czy to dziś powód do dumy czy wstydu, ale mąż jest pierwszą miłością mojego życia. Po ślubie od razu chcieliśmy mieć dzieci.
Zanim trafiłam do Kliniki leczyłam się w wielu miejscach. W wieku 22 lat zdiagnozowano u mnie mikrogruczolaka przysadki. Młodej dziewczynie trochę trudno się z czymś takim pogodzić. Nikt nie powiedział mi dokładnie czym owy guz jest, że wcale nie jest groźny, że można z tym żyć, że może się wchłonąć, że nie jest złośliwy. Niestety - leczyłam się wówczas u endokrynolog-ginekolog, jednej z najwybitniejszych "specjalistek", tworzącej ze swojej osoby wizję wszechwiedzącej „Bogini”. Gdy dzięki leczeniu zaczęła spadać prolaktyna, a guz zaczął maleć, ona wmawiała mi, jaki to cud się staje. A ja w to wierzyłam...

Pół roku po ślubie spóźniała mi się miesiączka. Zaledwie 2, może 3 dni... Poszłam do niej i na podstawie zwykłego badania ginekologicznego powiedziała "jest pani w ciąży". A gdy 2 dni później przerażona przyleciałam do niej z miesiączką powiedziała "no cóż - poroniła pani". Taka sytuacja powtórzyła się jeszcze 4 razy. Pięć razy wmawiała mi ciążę, której prawdopodobnie NIGDY nie było...
W międzyczasie lekarka wpadła na pomysł, że to pewnie coś nie tak z moją owulacją. Zaproponowała leki do stymulacji. BEZ monitoringu!! I zaczęło się... miałam pierwszą torbiel. Brałam leki, po których dostałam zapaści. Przez miesiąc nie mogłam dojść do siebie. Ale to w żaden sposób nie zmieniło nastawienia mojej „Bogini” - trzeba stymulować się dalej... Zaczęłam mieć obawy.. chyba to wyczuła... Za każdym razem jak przychodziłam do niej na wizytę witała mnie słowami "Pani Inko, jaka jestem szczęśliwa, udało mi sie wyleczyć kolejną bezpłodną kobietę, dużo starsza od Pani, nikt jej szans nie dawał, to jest cudowna informacja, Nie może pani tracić nadziei". Więc nie traciłam...

W międzyczasie pojawił się pomysł, ze to może coś nie tak z nasieniem mojego męża... Moja "Bogini" dopiero po 2 latach leczenia niepłodności wpadła na pomysł, że może być coś nie tak. Obejrzała wyniki badań, które zleciła mężowi (jedynie podstawowe parametry) i mówiła, że nie jest źle, że jest dobrze... I w temacie plemników to było wszystko...
Kilka miesięcy później miesiączka opóźniała się już 2 tygodnie. Tym razem byłam pewna. To musi być TO!!! Zadzwoniła do mnie moja mama - że sąsiadka i moja bliska koleżanka jest w ciąży. Udało im się w pierwszym miesiącu starań... Na końcu języka miałam żeby jej powiedzieć, że ja też... Tydzień później moja ciąża okazała się kolejną torbielą... Tym razem dużą... Straciłam wiarę. Musiałam sama przed sobą przyznać, że mam problem...

W tym czasie zaczęłam udzielać się na forum NASZ BOCIAN. Uczyłam sie coraz więcej o swoim cyklu, o nasieniu mojego męża, o tym dlaczego się nie udaje...
Poszłam do pewnej znanej kliniki. Przemiła pani doktor... pogadała, przytuliła, pocieszyła, pożartowała. Po pół roku diagnostyki miałam pierwszą inseminację. Miesiąc później - drugą, a potem trzecią. Doktor nie proponowała nam powtarzania badań męża. Mówiła że tamte są dość świeże, a jeśli byłoby coś nie tak to w laboratorium tuż przed inseminacją by to zauważyli i powiedzieli, żeby ją odwołać. To, co mnie najbardziej zastanawiało to dlaczego ciągle mam nawracające infekcje. Po trzeciej nieudanej inseminacji postanowiłam sama wszystko sprawdzić - wysłałam męża na badania. Po raz pierwszy w życiu miał przeprowadzoną tak szczegółową diagnostykę.

I było bardzo źle. Bakterie, parametry bardzo zaniżone w stosunku do poprzednich wyników, wskaźnik DFI na granicy... Po co ja brałam hormony, utyłam przez te wszystkie lata 15 kilo, nabawiłam się PCO, cierpiałam koszmarnie w związku z bólami przez torbiele, nabawiłam się wielu infekcji??? Po co to wszystko??? Dlaczego nikt wcześniej tak dokładnie nie zbadał mojego męża???
Straciłam nadzieję. Stwierdziłam, że mam dość. Że nie chcę mieć dziecka!!!

Poszłam do psychologa. Pomógł. Dałam nam ostatnią szansę - pójdziemy do Kliniki polecanej przez koleżanki z forum. Tam nikt mnie nie pogłaskał po główce, nikt nie tulił, nie żartował i nie pocieszał. Dostaliśmy rzetelną informację o leczeniu, długą listę badań do ICSI.

Przed in vitro postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby mieć dzieci, zaczęłam się odchudzać, żadnych sztuczności, żadnego alkoholu. Nie obyło się bez komplikacji. Kilka dni po zabiegu poszłam do kliniki, bo wszystkie objawy wskazywały, że zabieg się nie udał. Straciłam wszelką nadzieję. Pomyślałam – po co to wszystko? Po co to dbanie o siebie, zdrowe odżywianie? Postanowiłam, że po wyjściu z badań pójdę do McDonalda, potem kupię butelkę wina i papierosy.

Kiedy pielęgniarka pokazała mi wyniki, zaczęłam płakać. Nie mogłąm uwierzyć, ze jestem w ciąży... Wysłałam mężowi SMS-a, oddzwonił natychmiast, razem płakaliśmy. Kiedy na USG zobaczyliśmy dwa bijące serca, to była najpiękniejsza rzecz, jaka nam się przydarzyła po latach walki. Nikt mi nie odbierze radości, którą czuję, gdy chłopcy kopią w brzuchu.

Nie oczekujemy współczucia. Chcemy mieć prawo do leczenia. Chcemy mieć prawo do korzystania z najnowszych metod. A przede wszystkim - chcemy mieć prawo do bycia Rodzicami.

 
Inka - w ciąży po in vitro, czeka na dwóch synków :)
Comments