Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Ania - jestem w stanie zrezygnować ze wszystkiego, by móc zostać mamą...

opublikowane: 25 sty 2009, 05:09 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 25 sty 2009, 05:26 ]
W lipcu skończę 31 lat, mój mąż 35. W tym roku będziemy obchodzić naszą 10 rocznicę ślubu, kolejną bez dziecka, sami…
 

Rok po naszym ślubie (ja 22lata, mąż 26) zaczęliśmy starania o nasze dziecko ( w pierwszym roku mąż był często poza domem).

Nieważne było to, że ja studiowałam jeszcze, wiedzieliśmy, że damy radę. Nigdy nie stosowaliśmy zabezpieczeń przed ciążą, nigdy też nie brałam tabletek antykoncepcyjnych, więc sądziliśmy, że będziemy rodzicami. Minął miesiąc, drugi, zaraz trzeci i każda kolejna miesiączka była dla nas niepokojem.
 

Po pół roku od starań poszłam do ginekologa w naszym mieście,  powiedział nam, żebyśmy byli spokojni, bo to o niczym jeszcze nie świadczy, że będzie dobrze. Zrobił usg i odesłał do domu.

Po roku coraz bardziej zaniepokojeni udaliśmy się do specjalisty, lekarz zlecił nam badania. Mąż zrobił badanie nasienia, które może nie wyszło rewelacyjnie, ale mieściło się w normach,  ja - ocena cyklu, morfologia itp. Wszystko wyglądało w jak najlepszym porządku, co potwierdziły badania. No więc pierwsze leki i nadzieja, że teraz musi się udać.
 

Niestety – po trzech miesiącach trafiliśmy do Poznania. Najpierw do kliniki leczenia niepłodności tam przeszliśmy od nowa badania, potem już zaczęliśmy leczyć się prywatnie.

Zrobiłam HSG (badanie drożności jajowodów), obydwa jajowody drożne - uff, jak nam ulżyło. Lekarz krótko po badaniu zaproponował nam inseminację. Nie czekaliśmy z decyzją. Najpierw ocena cyklu, w międzyczasie leki, zastrzyki, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik, żeby tylko się udało.
Jakie było nasze rozczarowanie, kiedy dostałam okres. Pierwsze łzy. Ale tak naprawdę nie wiedzieliśmy, co nas jeszcze czeka, jaka droga jeszcze przed nami.
 
Potem jeszcze kolejne 4 inseminacje i wszystkie bez skutku. Lekarz nie potrafił nam odpowiedzieć na pytanie "dlaczego?". Dlaczego, skoro wszystko jest w porządku?
 
Zaproponował nam in vitro, wtedy brzmiało to dla nas jak wyrok.
Odpuściliśmy sobie, kupiliśmy większe mieszkanie, byliśmy na wspaniałych wakacjach, łudząc się, że może trzeba się odblokować. Pracowaliśmy oboje, stać nas było na prawie wszystko. Niestety czas upływał a dla nas czas działał na niekorzyść, bo zegara biologicznego nie da się niestety zatrzymać.
 
Zaczęliśmy coraz częściej myśleć o in vitro. Nie mówiliśmy rodzinie o naszym problemie, ani też znajomym. Większość z nich domyśla się, że jest u nas problem, bo oboje kochamy dzieci a one lgną do nas jak przylepki. Więc przecież to niemożliwe, że nie chcemy mieć dzieci.
 
W naszym gronie znajomych dwa małżeństwa były po in vitro, zaczęliśmy więc ich pytać o opinie o lekarzach, klinikach, no i padła decyzja – PODCHODZIMY DO IN VITRO.
Najgorsza była pierwsza wizyta, ale ucieszyłam się, bo ta metoda przy naszych wynikach to prawie jak „pewniak”. Zrobiliśmy bardzo szczegółowe badania, wyniki wyszły ok.
Nie przerażały mnie dojazdy 200 km w jedną stronę (ok. 4 godziny) zrobiłabym wszystko, żeby tylko nam się udało.
 
Punkcja – bałam się, ale nie ma czego, chwila nieświadomego snu i już. Mięliśmy 15 komórek jajowych z czego zapłodniło się 13. Mój organizm dobrze zareagował na zastrzyki, na które biegałam codziennie do przychodni. Te zarodeczki kochaliśmy już jak własne dzieci, wiedzieliśmy, że każde z nich to nasze dziecko.
 
Trzy dni później transfer 2 zarodków. Jejku, jak ja na siebie uważałam, zwolnienie L4 na dwa tygodnie. Dużo leżałam, oszczędzałam się do granic możliwości. Dwa tygodnie czekania na wynik – to były najdłuższe dwa tygodnie w moim życiu. Nadszedł dzień, by zrobić badanie. Żeby mieć wynik tego samego dnia, musiałam jechać do laboratorium oddalonego od mojej miejscowości o 35 km,.Po południu miałam wynik bety.
Nie udało się.
Jaki to był ból, ile płaczu... Nie pamiętam czasu, kiedy tyle wypłakałam łez...
 
Ale nie poddawaliśmy się, bo wiedzieliśmy, że mamy jeszcze nasze zamrożone zarodeczki, które dawały nam szansę. Za 4 miesiące pojechaliśmy znów do kliniki. Kolejny transfer, kolejny czas oczekiwań i... kolejna porażka...  Żyłam nadzieją, że teraz się uda, ale niestety. Płakaliśmy oboje.
 
Moje częste wyjazdy, częste zwolnienia z pracy niestety odbiły się tym, że dostałam wypowiedzenie. Nie szukałam chwilowo innej, mąż pracował, a ja chciałam dalej walczyć o to, by mieć nasze upragnione Dziecko.
 

To dzięki mojemu mężowi już w kolejnym cyklu, czyli po miesiącu znów miałam transfer.

To on motywował mnie i to on był tą ostoją i wspierał mnie.

Moja owulacja była wzorowa, lekarz zadecydował, że transfer odbędzie się na cyklu naturalnym, bez leków.
 

Oszczędzałam się jak zawsze. Po dwóch tygodniach znów stres i wynik. Beta HCG niska: 38,64, ale wykazująca ciążę. Udało się...ale nie potrafiłam się jeszcze cieszyć.

Po dwóch tygodniach zaczęły się lekkie plamienia w strachu zadzwoniłam do lekarza, uspokajał, że to się zdarza zalecił brać leki podtrzymujące ciążę, ale nasza radość trwała nie cały miesiąc. Ciąża biochemiczna... (To ciąża, którą pokazał test, ale stracona/poroniona na bardzo wczesnym etapie).
 
Ból wewnętrzny i cierpienie nie do opisania. Ciągle zadawane sobie pytania: dlaczego, dlaczego nie możemy mieć dziecka???
 

Płacz codziennie, ja coraz rzadziej wychodziłam z domu, nie mogłam się pozbierać, w końcu znalazłam się na wizycie u psychoterapeuty.

Coraz więcej nieprzespanych nocy, coraz większy ból i cierpienie.

Po miesiącu pojechałam znów do kliniki, ale lekarz zadecydował, że cykl teraz należy przygotować, bo to nasze ostatnie zarodki, więc do transferu podeszliśmy po 2 miesiącach.

W tym czasie minęły święta, które będę wspominała najgorzej z dotychczasowych. Kolacja wigiljna - całą przepłakałam.
 

Nowy Rok, nowe nadzieje – tak sobie tłumaczyłam. Musi się w końcu udać.

Kolejny – ostatni transfer.

Czułam w środku w sobie, że się udało. Ból piersi jak przy ciąży, podwyższona temperatura, senność. Nawet po wynik po dwóch tygodniach szłam prawie pewna, że chyba jednak...
 
Jak zobaczyłam wynik, oniemiałam i nie miałam już chyba nawet czym płakać. TO KONIEC.
 

Ostatnie zarodki i ostatnia nasza szansa i nadzieja...

Dotarło do mnie wieczorem, że to koniec naszej szansy. Ja bez pracy, brak już środków na kolejne podejścia do in vitro i znów morze łez.

Nie wiem co dalej, czujemy się tak, jakby pozamykały się dla nas wszystkie furtki.

Zniknęły marzenia, plany o życie przynajmniej w trójkę. A zawsze marzyliśmy, by mieć minimum dwójkę dzieci.
 

Gdybym miała środki finansowe, pewnie nie czekałabym zbyt długo na zaczęcie wszystkiego od nowa. Pragnienie bycia rodzicami jest silniejsze niż wszystko, ale kwestii finansowej nie da się przeskoczyć.

 

Jest tysiące małżeństw w takiej sytuacji jak my, że wykorzystują wszystkie zarodki. Jest wiele takich par jak my  - które chciałyby mieć tych zarodeczków więcej, by mieć szansę i nadzieję na kolejne próby, bo każda kolejna próba to dla nas szansa na bycie rodzicami.

 

Ja nadal korzystam z psychoterapii - do dziś nie mogę się pozbierać, ale wiem, że muszę iść do pracy, by móc znów odłożyć pieniądze na dalszą walkę kiedykolwiek miałaby ona być.
 

Wiem też jedno, mam najwspanialszego Męża na świecie.

Jestem w stanie zrezygnować ze wszystkiego by móc zostać Mamą....

 

Ania

Comments