Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Karolina - "w zdrowiu i w chorobie" - powiem to kiedyś mojemu synowi...

opublikowane: 17 sty 2009, 06:36 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 27 sty 2009, 00:15 ]
Znaliśmy się przed ślubem 9 długich lat, wiele razem przeszliśmy. W dniu ślubu myślałam o dziecku... o tym jak ładnie będę wyglądać w ciąży, o kupowaniu mu wyprawki, o wybieraniu wózka., o tym na jakiego człowieka będę chciala go wychować. Przyrzekając podczas przysięgi małżeńskiej " i w zdrowiu i w chorobie", nie pomyślałam o bezpłodności, właściwie nie wiem o czym myślałam.. .o zapaleniu oskrzeli czy o anginie.
 
Po ślubie chcieliśmy powiększyć rodzinę, miało to być pierwsze dziecko wśród dorosłych, wyczekane przez dziadków, oczekiwane przez rodziców. Ale ciąża nie następowała, a ciągle powtarzane testy były "jednokreskowe". Gdy szłam do apteki, znajoma aptekarka, nie pytając po co przyszłam, wyciagała test ciążowy.
 
Zaczęłam chodzic do lekarza, skierowany został również mąż. Przyjechał z wynikami zapłakany. Mówił, że to wyrok - że nie będziemy mieć dziecka, bo zbyt mało plemników.
Pojechaliśmy do specjalistycznej kliniki, tam po serii badań okazało się, że tylko in vitro daje nam szanse na dziecko.
Podeszliśmy do tej próby, podano mi dwa zarodki. Nie było ich więcej, niczego nie zamrożono.
 
Jakaż była nasza radość, gdy po dwóch tygodniach oczekiwań okazało się, że jestem w ciąży. Ciąża przebiegała prawidłowo. Będąc w 6 miesiącu,  pewnego dnia obudziłam sie z okropnym bólem głowy. Gdy ból był nie do zniesienia, pojechaliśmy do szpitala. Tam odesłano mnie bez badania i kazano wziąć lek przeciwbólowy. Następnego dnia zaczął bolec mnie brzuch. Znowu pojechaliśmy do szpitala. Okazało się, że pecherz płodowy jest już w pochwie i właściwie, jak to okrelił lekarz, "jest po ciaży"...
 
Leżałam dwa tygodnie bez ruchu. Po dwóch tygodniach urodziłam syna.
Zmarł.
 
Nie muszę pisać, co czułam. Każdy, kto ma dziecko, umie chyba sobie to wyobrazić - jak mogłam się czuć, gdy po wielu latach starań traci się kogoś, o kogo się bardzo walczyło. Kogo się bardzo kochało. Traci się dlatego, bo lekarz w porę nie założył szewka.
Po sekcji dziecka okazało się, że było całkowicie zdrowe...
 
Gdy doszłam do siebie, podeszłam do kolejnej próby. Podano mi dwa zarodki, nie było innych, znowu niczego nie mrożono.
Po dwóch tygodniach wynik bety: 0.
 
Pamiętam, że mąż tego dnia jedząc zupę płakał, a łzy kapały mu do talerza i zupy było coraz więcej i więcej.
 
Wiedziałam, że już nigdy nie podejdę do in vitro, m.in. ze względów finansowych.
 
Po jakimś czasie dojrzeliśmy do rozmów o adopcji... do decyzji o kochaniu dziecka, które gdzieś się zagubiło, tylko po prostu musimy je odnaleźć.
I zaczęliśmy szukać... i tęsknić... i cierpieć ze świadomością, że jest gdzieś tam, bez nas swoich rodziców i że też tęskni i płacze za nami...
 
Przeszliśmy trudne procedury adopcji... i w końcu nastał dzień, gdy wzięłam Go w ramiona... spojrzałam na niego i powiedziałam: "Tak długo Ciebie szukałam, synku mój jedyny".
 
Jest z nami... kochamy go bardzo, nie wyobrażam sobie życia bez niego, jest całym moim życiem i szczęściem.
Mój mąż powiedział kiedyś, że jego przekleństwo stało sie naszym błogosławieństwem.
 
I może ktoś pomysli, że moja historia to dowód na to, że niepotrzebne jest in vitro, że trzeba od razu podejść do adopcji.
Jest wręcz przeciwnie.
 
Moja historia to dowód na to, że każdy ma swoją drogę, jedni podchodzą do in vitro, inni do inseminacji, jeszcze inni do zapłodnienia nasieniem dawcy, a jeszcze inni do adopcji. I pozwolmy im dokonywać wyboru, bo nigdy nie będą szczęśliwi.
 
Aby kochać dobrze dziecko, potrzebna jest mądrość, decyzja, dojrzałość... nie czyńmy niczego na siłę. Adopcja nie może być lekiem na bezpłodność, adopcja to takie samo rodzicielstwo jak inne. Jak czułoby się dziecko, gdyby jego rodzice żyli w przeświadczeniu, że jest tylko zastępcze, że to lek?
 
Więc błagam tych, którzy namawiają do adopcji - niech tego nie czynią. To musi być świadomy wybór.

Ja kocham moje dziecko, miłością szaloną, czasami usprawiedliwiającą Smile, miłością wymodloną ,wyczekaną..., tak samo kochałabym dziecko -  to które zmarło... to z in vitro...

"I w zdrowiu i w chorobie, dopóki smierć nas nie rozłączy".
Powiem kiedyś mojemu synowi, aby wtedy, gdy on będzie składał taką przysięgę nie myślał o zapaleniu oskrzeli...
 
Karolina (mama adopcyjna)
Comments