Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

KiP W - czy stracimy szansę na najważniejsze wydarzenie w życiu?

opublikowane: 18 sty 2009, 00:35 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 26 sty 2009, 07:44 ]
O tym, że mam PCO (zespół policystycznych jajników) dowiedziałam się właściwie niedługo po pierwszym okresie.
Od początku był nieregularny i jako dziecko musiałam zacząć leczenie. Pamiętam jak dziś, miałam może 15 lat, moja pani doktor mówiła mamie, że ona również ma PCO i urodziła dwoje dzieci. Wtedy zupełnie nie rozumiałam „co ma piernik do wiatraka”- jakie dzieci, o czym ona mówi?

Małżeństwem jesteśmy od 4 lat, mając świadomość tego, że mogę mieć problem z zajściem w ciążę, diagnostykę i leczenie rozpoczęłam jeszcze przed ślubem. Wtedy to poddałam się laparoskopii i skaryfikacji jajników, sprawdzono mi drożność jajowodów ( nie bolało, byłam pod narkozą). Z powodu wysokiej prolaktyny zrobili mi tomografię głowy, aby wykluczyć guza przysadki. A to był dopiero początek.
 
Po roku przytulania bez zabezpieczeń nic się nie wydarzyło i zaczęła się nasza droga przez mękę. Badania męża godne olimpijczyka, jak powiedział lekarz, u mnie teoretycznie wszystko wyrównane i ciągle nic. PC test wykazał, że mój śluz nie lubi plemników mego małżonka, decyzja była prosta - inseminacja.
Byłam tak pewna, że się uda - jakież było rozczarowanie, gdy wynik bety był negatywny. Płakałam krótko, wzięłam się w garść i zdecydowaliśmy o drugim podejściu. Stymulacja była bardziej brutalna niż za pierwszym razem.
Tydzień po obudziłam się z potwornym bólem brzucha, zemdlałam, mąż zawiózł mnie do szpitala - po przestymulowaniu zrobiły mi się torbiele krwotoczne, które pękły - musieli mnie otworzyć, żeby zrobić porządek w moim brzuchu. Nie miałam siły płakać, tak bolał mnie pocięty brzuch.
W szpitalu poznałam dziewczynę, ma endometriozę  po 2 latach przez przypadek spotkałyśmy się w klinice leczenia niepłodności, mojej drugiej. Dziś ona jest w 6 miesiącu ciąży dzięki in vitro, a ja wciąż walczę.

Po 2 kolejnych inseminacjach, bolesnych badaniach (m.in. HSG, histeroskopii) uznaliśmy, że szkoda czasu i postawiliśmy na ICSI (rodzaj in vitro).

Wydaje mi się, że jestem silną kobietą, tak mówią o mnie dziewczyny, poznane na forum osób borykających się z problemem niepłodności. Wspieramy się nawzajem i tak jest łatwiej. Ale przygotowania do procedury mocno nadwyrężyły moją psychikę. Płakałam, gdy pomyliłam kolejność leków, przy 70. zastrzyku załamałam się i miałam ochotę to przerwać. Mąż dzielnie znosił moje nastroje, po tylu porażkach już wiedział, że gdy płaczę, należy mnie przytulić i poczekać, aż skończę.
Dotrwałam do końca stymulacji. Bardzo ciężko zniosłam narkozę. Przez tydzień po pobraniu komórek czułam się fatalnie, spałam na siedząco, bo tak łatwiej było mi znieść ból brzucha po kolejnym przestymulowaniu. Nie udało się. Mąż znów przytulając mnie czekał, aż przestanę płakać. Po 8 miesiącach zabraliśmy do domu nasze 3 śnieżynki.
Przytulał mocniej, niż dotychczas....

Znajomi i rodzina przestali nam życzyć z okazji Świąt, imienin, urodzin upragnionego potomka. Cieszę, się, że mają tyle taktu.

Dziś czekamy na wizytę w 3 klinice, robimy kolejne badania, w żyłach mam takie zrosty, że trudno mi pobrać krew. Sen z powiek spędza nam myśl o kolejnej procedurze, ale również to, czy zdążymy, nim obcy ludzie zdecydują, że stracimy szansę na najważniejsze wydarzenie w naszym życiu.

KiP W. (ICSI jest dla nich szansą, by mieć dzieci)
Comments