Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

M. - ukochany Synek po pięciu długich latach

opublikowane: 14 sty 2009, 06:36 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 28 sty 2009, 07:19 ]
Parą byliśmy od 17. roku życia. Wspólnie zdawaliśmy maturę,później razem studiowaliśmy, po studiach ślub.
Po roku zaczęliśmy starania o dziecko. Wtedy, wśród znajomych, byliśmy jedyną parą myślącą o dzidziusiu. Minął miesiąc, później dwa, cztery, ja zaczynałam się denerwować, ale wszyscy mówili - nie ma czym.
 
Po roku starań ginekolog wysłała mnie do lekarza, który leczy niepłodnych. I zaczęło się. Najpierw moje hormony - wyszły O.K., więc zajął się mężem. Okazało się,że ma słabe nasienie, więc trzeba je "polepszyć". Na moje nieśmiałe prośby, żeby w trakcie leczenia męża, zająć się resztą moich badań, słyszałam - mamy czas, pani jest jeszcze młoda (miałam wtedy 26lat). Wtedy byłam jeszcze zupełnie zielona, nie wiedziałam nic o leczeniu niepłodności, nie znałam "Bociana". Nie wiedziałam, że "leczenie" mężczyzny właściwie nic nie daje, że po lekach przepisanych przez doktora nastąpi wprawdzie poprawa, ale na krótko, a potem drastycznie się pogorszy.
Kiedy zakończono leczenie męża, doktor zajął się znowu mną - okazało się, że mam we krwi przeciwciała antyplemnikowe. Byłam załamana. Badania robiłam w laboratorium poleconym przez doktora - dziś już wiem, że wyniki mogły nie być wiarygodne. Przez 4 miesiące brałam sterydy, które miały zwalczyć przeciwciała. Czułam się fatalnie i fizycznie i psychicznie. Popadałam w stany depresyjne, zwłaszcza, że wśród znajomych i rodziny zaczęły pojawiać się dzieci. Po zakończeniu kuracji - przeciwciał nie ma! Hurra! Wtedy znów wróciliśmy do mojego męża - nasienie jeszcze słabsze...
 
I tak minęły nam dwa długie lata. Zaczęłam coraz więcej czytać i stwierdziłam - czas na zmianę lekarza. Trafiliśmy do prywatnej kliniki w naszym miejscu zamieszkania. Decyzja lekarza - spróbujemy inseminacji, a jeśli się nie uda czeka nas in vitro.
Kiedy to usłyszałam, byłam załamana. Jak to -  ja katoliczka mam podejść do in vitro!? Mąż pocieszał - zobaczysz,inseminacja się uda. Nie udała się pierwsza, druga i trzecia. I w końcu trzeba było podjąć decyzję. Wcale nie była dla mnie łatwa, ale byłam pewna,że się uda.
 
Dostałam leki. Najpierw , żeby "wyciszyć" organizm, później na produkcję komórek jajowych. Byłam wykończona zastrzykami w brzuch, które robił mąż (raz zdarzyło się, że robiła mi mama płacząc razem ze mną) i ciągłym strachem, że znów się nie uda. Niestety nie udało się. Szok, niedowierzanie, ale przecież mamy jeszcze zamrożone zarodki - na pewno będzie ciąża z criotransferu.Niestety nie było...
Już nie wiedzieliśmy, co robić. I znów pomogli mi ludzie z "Bociana". Podjęliśmy decyzję o wizycie w "nOvum" - jednej z dwóch najlepszych w Polsce klinik. Tam decyzja - kolejne in vitro. Byliśmy już strasznie zmęczeni, minęło 5 lat ciągłego leczenia, wyczerpani psychicznie, bo praktycznie wśród znajomych bylismy jedynymi bez dzieci. Na szczęście nie musieliśmy się martwić o pieniądze, bo mąż prowadzi swoją firmę, ja jestem nauczycielką, więc z mojej pensji nie byłoby szans na leczenie. Podjęliśmy decyzję do 3 razy sztuka. I znów wyciszanie, zastrzyki w brzuch, kolejne leki, bo okazało się, że bardzo urosła mi prolaktyna nazywana hormonem stresu.
 
Tym razem się udało.
Kiedy to piszę, w pokoju obok śpi mój pięciomiesięczny Synek.
 
Mamy jeszcze 3 "Mrożaczki", po które chcemy wrócić już jesienią. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, ale NIGDY nie zapomnimy drogi, którą przeszliśmy, żeby zostać rodzicami.

Chciałabym, aby w moim, demokratycznym przecież państwie, każda para, która zmaga się z niepołodnością, mogła sama podejmować decyzję w jaki sposób zostać rodzicami. Żeby tej ciężkiej dla nas walki dodatkowo nie utrudniać, żeby dyskusja o in vitro toczyła się z naszym - niepłodnych par, udziałem.Bo przecież syty głodnego nie zrozumie - niby banał, ale jaki prawdziwy.

M. (Synek po in vitro)
Comments