Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Magda - byłam matką chrzestną, ale nie mogłam być matką własnych dzieci

opublikowane: 18 sty 2009, 13:39 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 26 sty 2009, 07:43 ]
Niepłodność??? Ja niepłodna??? Nigdy nawet nie przyszło mi to do głowy. Przecież u mnie w rodzinie wszyscy mają dzieci, nikt nie miał żadnych problemów. Wszystkie przyjaciółki, koleżanki, znajome chciały mieć dzieci i je miały. Więc dlaczego ja miałabym ich nie mieć?
A jednak...

Dokładnie 10 lat temu, zaraz po Nowym Roku trafiłam do szpitala z bólami podbrzusza. Lekarze podejrzewając wyrostek robaczkowy, położyli mnie od razu na stole operacyjnym. Obudziłam się co prawda bez wyrostka, ale również bez lewego jajnika i jajowodu, gdyż podczas zabiegu okazało się, że pękła torbiel. Każdy jeden ginekolog, którego potem odwiedziłam załamywał ręce nad niekompetencją chirurgów. Okazuje się, że w takim wypadku nie trzeba usuwać jajnika, a jedynie wyczyścić jamę brzuszną i po sprawie. A więc w ten sposób zmniejszono (bez mojej wiedzy i przyzwolenia) moją płodność o 50%.

W tym samym roku (pod jego koniec) znowu trafiłam do szpitala z bólami podbrzusza. Dziesiątki badań i nic. Ja normalnie miesiączkowałam, więc nie przyszło im nawet do głowy zrobić mi test ciążowy. Już miałam wyjść do domu kiedy straciłam przytomność i postanowili kroić mnie w „ciemno”.
 
Ciąża pozamaciczna - pani Magdo - jak moja pięść. Niestety nie ma pani już szans na naturalną ciążę, ale proszę nie tracić nadziei- jest jeszcze in vitro – powiedział lekarz głaszcząc moją dłoń.
Wtedy brzmiało to dla mnie jak abstrakcja, jak coś dla mnie nieosiągalnego.

No i stało się – jestem niepłodna!!!!! Byłam matką chrzestną, pomagałam wychowywać dzieci mojej siostrze, byłam wspaniałą ciocią, ale nie byłam matką własnych dzieci.

Po pewnym czasie, potrzebnym nam na zebranie sił, zaczęliśmy działać. Wybraliśmy w naszej opinii najlepszą klinikę leczenia niepłodności, zebraliśmy potrzebne pieniądze i pojechaliśmy.
Wiele, bardzo wiele razy pokonywaliśmy odległość 500 km w jedną stronę. Pierwsza próba in vitro i wszystko pięknie. Stymulacja wzorcowa, wspaniałe zarodki, pozytywne rokowania. I co? I nic.
Ogromny ból i rozczarowanie.
 Po kilku miesiącach zabraliśmy nasze jedyne, dwa zamrożone zarodki.
I znowu nic.
 
Zrobiliśmy sobie rok przerwy. Musieliśmy zebrać siły i pieniądze na następne podejście. Druga próba in vitro to była zupełna porażka. Byłam pewna, że wszystko będzie tak wspaniale jak poprzednio. A okazało się, że z 6-ciu pobranych komórek żadna się nie zapłodniła. Nie było nawet transferu. To bolało jeszcze bardziej niż poprzednie niepowodzenie.
 
Znowu rok przerwy i następne podejście. Niestety lekarz nie wyniósł żadnych wniosków z poprzedniej próby (zdarza się, taki cykl) i znowu na 11 komórek zapłodniła się tylko jedna. Co prawda była bardzo ładna, lecz niestety nie została ze mną.
 
Po tym wszystkim miałam serdecznie dosyć. Nie chciałam więcej prób, nie miałam na to ani siły ani ochoty.
Już dawno dojrzałam do decyzji o adopcji, niestety mój mąż nie. Nie miałam do niego o to pretensji. Nie można nikogo ani zmuszać ani przekonywać do takiego kroku. Miałam tylko nadzieję, że mąż zmieni kiedyś decyzję.

Po pewnym czasie Adam poprosił mnie, żebyśmy spróbowali jeszcze raz. Naprawdę ten ostatni, a jeśli się nie uda to on wtedy rozważy adopcję.
 
Postanowiliśmy zmienić klinikę mając nadzieję, że inny lekarz spojrzy na nasz przypadek z innej perspektywy. I rzeczywiście tak się stało. Na naszej drodze stanął człowiek – lekarz z powołania. Potraktował nas, jakbyśmy byli jego jedynymi pacjentami i tylko nami się zajmował. Owszem stymulacja była ciężka i trudna, ale pod jej koniec mogłam powiedzieć, że dr zrobił wszystko co mógł. Embriolog z 9-ciu pobranych komórek uzyskał 4 śliczne zarodki. Z kilku ważnych powodów zostały mi przetransferowane 3. Jeden został, lecz niestety nie dotrwał do mrożenia.
 
W 10-tym dniu po transferze, nie mówiąc nic mężowi pojechałam zrobić betę. Byłam pewna, że nic z tego, ale chciałam zdążyć chociaż zrobić badanie krwi zanim przyjdzie miesiączka. Kiedy odebrałam wynik nie spojrzałam na kartkę, nie chciałam aby panie w recepcji widziały jak płaczę. Wyszłam z laboratorium, spojrzałam na wynik i zaczęłam płakać tak, że pewien pan zatrzymał mnie i spytał czy wszystko w porządku. Ale tym razem to były łzy szczęścia. Nie mogłam uwierzyć w cyferki, na które patrzyłam. Zadzwoniłam do męża, lekarza, przyjaciółki (poznanej zresztą na forum Bociana). Rodzicom powiedziałam następnego dnia, kiedy powtórzyłam betę i rosła.

Po dwóch tygodniach poszliśmy na pierwsze usg. Nigdy nie zapomnę słów mojego ginekologa: No i mamy dwie fasolki!

Dzisiaj, obok w pokoju śpią nasze dwie, najukochańsze, wyśnione, wymarzone i tak długo wyczekiwane prawie roczne córeczki Hania i Milenka.

To nic, że starania o nie były okupione wysiłkiem, bólem, wyrzeczeniem, chwilami zwątpienia i załamania.
To nic, że musieliśmy sprzedać mieszkanie, aby mieć pieniądze na kolejne próby in vitro.
To nic, że musieliśmy zrezygnować z wszelkich przyjemności i uciech, które niesie życie.
 
To wszystko się już nie liczy. Mamy nasze szczęście, tego szczęścia nie da się porównać z niczym innym na świecie, za to szczęście nie można zapłacić żadnych pieniędzy i niczym innym zastąpić.
I choć ta droga była bardzo ciężka i trudna to nie chcę o niej zapominać. Chcę pamiętać każdą chwilę z naszych starań, aby móc każdego dnia doceniać to co mam.

I chociaż jestem katoliczką to nigdy nie powiem, że zgrzeszyłam podchodząc do in vitro. Nie uważam, żebym zrobiła coś złego i nigdy nie zamierzam się z tego spowiadać, bo aby to zrobić musiałabym przyznać, że popełniłam błąd i grzech.
Nigdy tego nie zrobię bo jednocześnie przyznałabym, że moje dzieci są błędem. A przecież są one darem, tak  - darem od Boga, czymś co mogło nas w życiu najlepszego spotkać, nie wyobrażam już sobie życia bez nich.
 
Mogłabym już o wszystkim zapomnieć, dalej udawać przed otoczeniem, przecież ja już mam co chciałam, nie muszę się udzielać i pomagać, nie muszę się przed nikim przyznawać, że mam dzieci z in vitro.
Ale tak nigdy nie będzie, ja jestem z tego dumna. I jeśli tylko ktoś mnie o to zapyta lub zacznie rozmowę o in vitro, to zawsze o tym powiem. Tak samo jestem gotowa, aby wyznać to księdzu. I jeśli okaże się, ze trafię źle, trudno, jakoś obędę się bez niedzielnych sum. Znam jednego normalnego księdza, który chrzcił moje dzieci i wiem, że na niego zawsze mogę liczyć a reszta jest mi do szczęścia niepotrzebna.

Jestem przerażona tym, że tacy laicy wespół z KK chcą decydować o regulacjach in vitro. To jest karygodne, aby tak się działo w dzisiejszych czasach, skoro medycyna umożliwia chorym ludziom posiadanie własnych dzieci, to jak można z tego nie korzystać?

Magda - przeszczęśliwa mama bliźniaczek z in vitro
Comments