Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Magdalena - moje dziecko pachnie słońcem

opublikowane: 8 sty 2009, 00:56 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 9 sty 2009, 02:39 przez Michał Damski ]

Zawsze chciałam mieć dzieci. Co najmniej dwoje.

 

Pamiętam, jak kiedyś mąż powiedział: „E tam, wiadomo, że jesteśmy płodni, jesteśmy młodzi i zdrowi”. Ciąża jakoś nie przychodziła. Mimo że staraliśmy się o dziecko regularnie, a ja znałam swój cykl na wylot.

Z cyklu na cykl byłam smutniejsza, co miesiąc przeżywałam żałobę. Modliłam się, płakałam, zazdrościłam innym. Pisałam w swej tęsknocie listy do przyszłego dziecka. Unikałam koleżanek, które miały dzieci, bo nie byłam w stanie się uśmiechać. Za bardzo bolało. Wysłuchiwałam słów typu: „A wy co? Dzieci mieć nie będziecie?”, „Latka lecą!”, „Nie wiecie jak to się robi?”. Do tej pory z niesmakiem myślę o życzeniach świątecznych w moim zakładzie pracy. Zawsze były okazją do dowcipnych uwag – „No i dziecka w końcu życzę, bo już czas najwyższy. Jakby co, to mogę pomóc”.

 

Po sześciu latach małżeństwa mąż zbadał nasienie. Wpatrywałam się w wynik badania i nie mogłam pojąć, tego co czytam. Na kartce napisano: „nie znaleziono żadnego plemnika”, dalej stały trzy wykrzykniki. Niedowierzanie („to pomyłka w laboratorium, przecież to niemożliwe, nigdy o tym nie słyszałam”), rozpacz, złość – to bardzo oklepane słowa i nie oddają tego, co przeżyłam. Pominę tu to, co wtedy czułam, bo nie jesteście w stanie tego zrozumieć, nigdy. Świat się zawalił. Naprawdę.

 

Pomyłki laboratorium nie było. Chciałam cudu.

 

Z portalu www.nasz-bocian.pl dowiedziałam się, że istnieje szansa na znalezienie plemników w jądrach i najądrzach - można je wtedy pobrać i wykorzystać do in vitro. To było moje marzenie, ale po biopsji jąder okazało się, że plemniki wcale się nie produkują. I nie będą. Nigdy.

 

Cudu nie było. I wiedziałam, że nie będzie.

 

Mąż nie chciał adopcji. I cieszę się, że się na nią nie zdecydowaliśmy - ja byłam gotowa pokochać „obce” (to nieładne słowo) dziecko, ale on nie. A w takim wypadku, adopcja nie była dla nas. Bo adopcja powinna być świadoma i odpowiedzialna.

 

Zdecydowaliśmy się na zapłodnienie nasieniem dawcy. Krótko sprostuję, że takie zapłodnienie to nie spotkanie z dawcą. Nasienie lekarz podaje do macicy za pomocą specjalnej „strzykawki”. Dawca jest anonimowy, nigdy go nie poznałam i nie poznam. Wiem jednak, że dzięki niemu mogło narodzić się życie. 

 

Narodziło się.

 

Całą ciążę drżałam o dziecko.

Leżałam.

Nie piłam alkoholu, nie paliłam, nie piłam kawy.

Przyjmowałam witaminy, wskazane leki.

Odżywiałam się zdrowo.

Rozmawiałam z brzuchem.

Śpiewałam kołysanki.

Pisałam pamiętnik ciąży.

Zrezygnowałam z wyjazdów na wakacje.

Odwiedziłam lekarza-ginekologa prawie trzydzieści razy.

Nie mogłam doczekać się porodu.

Każdego wieczoru o 19.00 skreślałam miniony dzień. Ten który dzielił mnie od wielkiego spotkania.

 

Urodziłam zdrową córeczkę.

 

Nie pokażę Wam jej zdjęcia.

 

Z prostego powodu – wiem jak bardzo głupota ludzka może krzywdzić. Czasem nie wierzę własnym oczom, gdy czytam komentarze ludzi pod artykułami np. dotyczącymi in vitro. Przeraża mnie bezmyślność, łatwość wydawania krzywdzących opinii bez znajomości tematu, okrucieństwo, posługiwanie się obiegowymi sloganami, które w dodatku są nieprawdziwe.

 

Nie pokażę Wam jej zdjęcia.

Ale opowiem Wam o niej.

 

Jest połączeniem delikatności i twardego charakteru.

To straszny uparciuch.

Jest okazem zdrowia. Świetnie się rozwija.

Ma duże jasne oczy i główkę usianą loczkami.

Jej rączki chwytają za wszystko co można i czego nie można. Opróżniają szafy i szuflady. Robią co rano „pa pa” tacie na pożegnanie.

Nóżki docierają w każde miejsce. Biegają zamiast chodzić.

Gardło nie potrafi być cicho. Albo głośno się śmieje, albo protestuje, gdy coś się nie podoba.

Jej skóra pachnie słońcem. Zawsze. Nie wiem jak to się dzieje, bo teraz – zimą – też.

 

Ma ponad rok.

Kocha zwierzęta, parówki, jogurty i kefir, makaron i pomidorową z lanymi kluskami.

Gdy zapytacie: „Jak kochasz mamusię?”, ściska mnie mocno za szyję.

Co rano przynosi mi prezenty – butelki po wodzie mineralnej, pastę do butów, zabawkę. Wyciąga rączkę i mówi „ma!” – to oznacza: „masz” J

 

Nie pamiętam już, jak to było, gdy nie było jej. I nie chcę tego pamiętać.

Bo ona rozjaśniła mi życie.

 

Patrzę w projekt ustawy, który przygotowuje p. Gowin i wiem, że gdyby przeszedł w takiej formie, moje dziecko nie miałoby prawa istnieć.

Nie powinno go być.

Jest poczęte niemoralnie, niewłaściwie i niegodnie.

Mimo tego, że nikogo nie skrzywdziłam, nie zabiłam. Ona także.

Nie narodziła się niczyim kosztem.

 

(Właśnie się obudziła, przyniosłam ją z łóżeczka, siedzi teraz ze mną, na moich kolanach. Ściska mnie za szyję.)

 

Urodziła się z miłości. Wniosła dużo miłości do mojego życia. Wniosła miłość do życia swojego taty. Do życia jej babć i jej dziadków. Jej cioć i jej wujków.

 

Co jest złego w tym,  że pragnęłam dziecka?

Że chciałam je urodzić?

Czy moje pragnienie różni się od pragnienia kobiety, która w ciążę zaszła naturalnie?

Czy moje dziecko się różni od dziecka poczętego naturalnie?

Moja miłość?

 

Niepłodni mają w sobie dużo więcej miłości i dużo mniej egoizmu niż sądzicie…

Tylko czy na pewno chcecie to dostrzec?

Zrozumieć?

Tak naprawdę zrozumieć?

 

Magdalena

 

 

Comments