Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Marta - Czerwony sweterek

opublikowane: 29 sty 2009, 09:10 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 29 sty 2009, 09:48 ]
Zobaczyłam go cztery lata temu na wystawie z artykułami dla niemowląt – i nie mogłam się oprzeć. Kupiłam mały, czerwony, mięciutki sweterek zapinany na białe guziczki – dla dziecka, o którym wtedy nawet nie myślałam – ot, impuls, nagły odruch serca, kupię, jest taki piękny, przecież będziemy mieć dzieci, na pewno… Wróciłam do domu i schowałam sweterek do szuflady. Nie sądziłam wtedy, że przyjdzie mi go schować tak głęboko, jak głęboko ukryłam swoje marzenie o macierzyństwie.
 
Mam 29 lat, mój mąż też – znamy się od kilkunastu, spotkałam go, gdy miałam 17 lat. Cudowny, dobry, cierpliwy człowiek, ja narwana, nerwowa, wybuchowa i impulsywna. Nasz związek rozpadał się kilka razy, potem sklejaliśmy go z mozołem, by znów coś popsuć i mozolnie zacząć go naprawiać. Jednocześnie dorastaliśmy oboje – czasem jako przyjaciele, czasem jako para, ale zawsze razem. Prawie dwa lata temu, kiedy oboje już wystarczająco zmądrzeliśmy, wzięliśmy ślub. Do pełni szczęścia brakuje nam jedynie dziecka. Mój mąż chciał mieć je zawsze, i to niejedno – sam jest jedynakiem, więc dwójkę na pewno, może trójkę?? Pamiętam taki wieczór, kiedy oboje mieliśmy jeszcze po naście lat, siedzieliśmy na dywanie i zawzięcie kłóciliśmy się o imiona dla naszych przyszłych dzieci…
 
Dzieci zawsze lgnęły do męża jak muchy do miodu, rozmawiał z nimi jak z małymi dorosłymi, przyjaźnił się z trzylatkiem z sąsiedztwa, ośmioletni chrześniak to jego najlepszy kumpel. Ja do myśli o macierzyństwie musiałam dojrzeć i dorosnąć. Skończyłam studia, poszłam do pracy, szybko awansowałam, skończyłam drugi kierunek studiów, studia podyplomowe. Kupiliśmy mieszkanie, urządziliśmy je, jeszcze przed ślubem. Wtedy pojawiły się pierwsze myśli, takie mimochodem – hej, pomalujmy sypialnię na jakiś żywy, wesoły kolor, przecież niedługo będzie pokojem dziecinnym. Na ślubie zamiast kwiatów dostaliśmy setki misiów, maskotek, zabawek – tak chcieliśmy. Setki, bo i wesele było weselem z marzeń – piękna, biała suknia, mój wytęskniony, ukochany mąż, jak rycerz z bajki, słoneczna, wiosenna pogoda, wszystko kwitło, śpiewało i pachniało, jak to w końcówce kwietna bywa.  Misie pojechały jako dar dla hospicjum dla dzieci, ale jeden został – nie mogłam go oddać, był taki mój… Posadziłam go na półce w sypialni. Pomyślałam – niech czeka na swojego małego właściciela.. Potem miesiąc miodowy – jechałam na niego z radosną nadzieją, że być może już nie będę wracać do pracy, no bo przecież właśnie zaczynamy staranie o nasze wymarzone dziecko. Żeby w końcu być pełną rodziną, o jakiej zawsze marzyliśmy…
I tu historia o Kopciuszku, który spotkał księcia z bajki i ma już w życiu wszystko, powoli zaczyna się kończyć…
 
Tuż po weselu okazało się, że moja przyjaciółka jest w ciąży – a umawiałyśmy się, że będziemy miały dzieci razem, w tym samym czasie, żeby chodzić na wspólne spacery z wózkami. Ale pomyślałam - nic to, szybko ją dogonię.
 
Minął jeden miesiąc, potem drugi, trzeci, czwarty… Radosne oczekiwanie powoli zaczął wypierać lęk. Taki delikatny, malutki, ale pojawiający się coraz częściej. Mąż mnie pocieszał, przytulał, mówił, że to przez stres, że za dużo pracuję. Zaczęłam stosować testy owulacyjne, mierzyć temperaturę, wyliczać skrupulatnie, który dzień, godzina będzie najlepsza na poczęcie naszego maluszka… Zaczęły się dni sexu z zegarkiem w ręku. Straszne i co gorsze – bez efektów.
W Wigilię zrobiłam test ciążowy, w sumie nie miałam ku temu podstaw, ale pomyślałam, że w taki dzień przecież cuda się zdarzają. Ale się nie zdarzył… - wtedy po raz pierwszy się popłakałam. Potem już każdy miesiąc, kiedy nadchodziła @ (miesiączka), kończył się w ten sposób. Zaczął na dodatek dzielić się na cztery tygodnie – tydzień płaczu po okresie, dwa tygodnie nadziei i tydzień potwornego czekania… I odliczanie – 28 dni, 29, 30, 31, jutro będzie 32 - może jednak? Pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak obłędnie szczęśliwa – kiedy w lutym zeszłego roku myślałam przez moment, że jestem w ciąży, testy mówiły coś innego, ale @ nie przychodziła przez 40 dni i myślałam, że …. W pracy mnie nie poznawali,  a ja dosłownie unosiłam się w powietrzu z radości… By z wielkim hukiem spaść na ziemię… Kiedy znowu przyszła @ płakałam tak, że nie mogłam się uspokoić… i podjęłam decyzję. Idę do lekarza – nie wytrzymam dłużej.
Jakoś byłam święcie przekonana, że problem jest po mojej stronie. Zaczęły się miesiące chodzenia  do ginekologa i monitorowania cyklu. Cztery, pięć wizyt w miesiącu, każda po 100 złotych. Do tego zwalnianie się z pracy, zamiany, żeby iść akurat wtedy, w ten dzień, kiedy potrzeba. Lekarz stwierdził, że owulacja występuje, jest wszystko ok., zlecił badania hormonalne, powtórzone dla pewności po miesiącu. Wszystkie wyniki dobre. Po trzech miesiącach prywatnego leczenia rozłożył ręce i uczciwie przyznał, że to wszystko, co może zrobić i odesłał do specjalistycznej kliniki leczenia niepłodności. Miałam szczęście, trafiłam na fajnego, uczciwego lekarza, który postawił sprawę jasno, nie kazał uzbroić się w cierpliwość, nie pocieszał, tylko mówił, co robić. Powiedział także, że moje dalsze leczenie nie ma sensu bez badań męża. Kilka tygodni chodziłam z tym, jak z kamieniem u szyi – jak go o to poprosić… I znów mnie mój najukochańszy mąż na świecie zaskoczył… Sam zaproponował, żebyśmy pojechali do kliniki, do dobrego, poleconego lekarza. Przeszłam kolejne badania, mąż został skierowany na badania nasienia.
 
Dwudziestego siódmego października załamał się cały nasz świat. Wynik od 0-2 mln, przy minimalnej normie 20 milionów. Do tej pory pamiętam słowa lekarza. Stoją mi w uszach i dźwięczą. Nie macie żadnych szans na dziecko, w każdym razie nie poczęte naturalnie. Nie możemy nawet podchodzić do inseminacji. Naszą jedyną szansa jest in vitro. I nawet nie wiadomo, czy mój mąż będzie mógł być ojcem dziecka, czy trzeba myśleć o nasieniu dawcy – pokażą to dopiero badania kariotypu i na mukowiscydozę.
 
 Nie potrafię nawet opisać, co czułam. To był szok. Nie płakałam, próbowałam nawet zażartować, przecież mój mąż czuł się o wiele, o wiele gorzej… I zaczęły się dni smutku, cichej rozpaczy, co zabiera całą radość i niszczy wszystko.
 
Od tamtej wizyty minęły trzy miesiące – jeżdżenia po lekarzach, po urologach, andrologach, oczywiście prywatnie. Kiedy próbowaliśmy umówić się na wizytę przez NFZ. powiedziano nam, że najbliższe wolne terminy są w kwietniu… Więc jeździmy i leczymy się prywatnie, do tej pory – nie podchodząc jeszcze do in vitro, wydaliśmy już kilka tysięcy złotych. Mój mąż czeka na zabieg operacyjny, potem wracamy do kliniki – mam nadzieję, że po nasze upragnione dziecko lub dzieci. Bo widzę co się z nami dzieje. Nic dobrego.
 
Niepłodność jest chorobą. I wyniszcza jak każda choroba, a nawet bardziej. Bo wyniszcza nie ciało, ale umysł i związek. W naszym małżeństwie jest coraz więcej smutku, cichych dni, coraz więcej lęku ze strony mojego męża – że od niego odejdę, że go zostawię i wymienię na inny, lepszy model.  Jest coraz więcej pretensji, głupich docinków i złośliwości teściów, którzy nie mogą się doczekać ukochanego wnuka, nie szczędzą mi ich - jako domniemanej, zapracowanej winowajczyni, która według nich dziecko odkłada na później. A we mnie jest coraz więcej rozpaczy i agresji, i poczucia niesprawiedliwości. Dlaczego akurat my? Dlaczego on, mój najukochańszy mąż, najlepszy człowiek jakiego znam? Dlaczego dokoła widzę wciąż nowe brzuszki, moje koleżanki zachodzą w ciążę bez problemów, widzę uśmiechnięte buzie w wózkach i kraje mi się serce. I łzy duszą w gardle i po raz kolejny pytam: dlaczego? Coraz częściej milczę, coraz mniej ze sobą rozmawiamy, coraz więcej pracuję – żeby nie myśleć, żeby nie wracać do pustego domu. Co z tego, że mam wszystko, jak mówią niektórzy, skoro nie mam najważniejszego?
Nie wyobrażam sobie życia bez dziecka. Oddałabym wszystko, co mam, żeby usłyszeć kiedyś to jedno słowo „mamo”…
 
Czerwony sweterek schowałam bardzo, bardzo głęboko do szuflady… Niech czeka - tak jak my – na in vitro i nasze dziecko. Nadzieja, że ono jednak będzie, pozwala rano mi wstać z łóżka.
 
Marta
Comments