Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Marta17 - rok temu dowiedziałam się, że będę mamą

opublikowane: 17 sty 2009, 01:01 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 20 sty 2009, 12:31 ]

Dziś tryskam optymizmem, podśpiewuję wesołe kołysanki, układam śmieszne wierszyki, uśmiech gości na stałe na mojej twarzy, a to wszystko dzięki tej małej istocie , która skupiona wpatruje się w pluszowego, miodowego misia…

Lubię wspominać, kolekcjonować dobre chwile, myśleć o tym co było, pamiętać o datach... A magiczne daty towarzyszą mi od zawsze…Taka ze mnie melancholijna duszyczka…. I dziś mam kolejny powód, by powspominać. Dokładnie rok temu wracałam do domu z laboratorium ściskając w dłoni świstek papieru, który odmienił całe moje, całe nasze życie. Niby nic, zwykły laboratoryjny wydruk jakich wiele, ale dla mnie tak bardzo ważny i znaczący! Było na nim napisane: beta HCG 596. Zlepek liter i cyferek, który przyprawił mnie o łzy szczęścia, o niedowierzanie... To był dopiero 12 dzień po transferze…a ja miałam w sobie tak wiele obaw, tak wiele lęku, dezorientacji, ale i radości , która była tak ogromna, że nie sposób tego opisać. Nie wiedziałam co z ta informacją zrobić , czy zadzwonić do męża, czy do dr z kliniki , bo przecież to dzięki wspaniałym lekarzom i dzięki Bożej opatrzności nasze dziecko jest teraz z nami…

Nasz Cud, o którym dowiedziałam się z tejże karteczki, śpi w swoim łóżeczku. Zaraz obudzi się na mleczko, potem uśmiechnie się do mnie, powie a guuuu, a ja znów się rozpłynę.... jak zawsze… Mam ogromną słabość do mojej córeczki, rozbraja mnie za każdym razem gdy się uśmiecha, a łzy same cisną się do oczu , łzy szczęścia, radości , niedowierzania i ogromnej wdzięczności…A jeszcze rok temu byłam zrozpaczona, zrezygnowana , a życie nie miało sensu.
Dziś Maja jest sensem , radością , szczęściem naszego życia!
Dla świata to mało, dla nas Maja jest całym światem…


Trzy miesiące temu narodziło sie nasze SZCZĘŚCIE. Gdy ja po raz pierwszy usłyszałam , a potem ujrzałam , niebo się rozstąpiło, cały świat zawirował.
Narodziło się namacalnie, bo tak naprawdę wiele miesięcy przedtem rosło we mnie dojrzewając do naszego pierwszego spotkania. I my dojrzewaliśmy coraz bardziej czując się rodzicami, coraz bardziej kochając, coraz niecierpliwiej czekając na ten wielki dzień. I nastąpił on tak nagle , z zaskoczenia. Nie brakło łez, strachu i niepokoju. Nie brakło też RADOŚCI. A ta radość trwa do dziś. Ale od początku…
Mając już prawie 30-stkę na karku , ustabilizowaną sytuację materialną, burzliwe życie towarzyskie, stwierdziliśmy, że czas na powiększenie rodziny. Wiedzieliśmy , że naturalne zajście w ciążę u nas nie wypali, a aby zostać rodzicami musimy poddać się stymulacji i zabiegowi In-vitro. Ja jednak liczyłam na cud , łudziłam się , że ta diagnoza która brzmiała mi w uszach od kilku lat jest postawiona komu innemu. Szukaliśmy pomocy u pseudospecjalistów, bioenergoterapeutów z nadzieją , że nam pomogą. Niestety efektu nie było. Mijał cykl za cyklem , a ja pogrążałam się coraz bardziej. Dostałam właśnie propozycję pracy , była to niezła posada na uczelni. Cieszyłam się , dostałam szansę pisania pracy doktorskiej, jednak z drugiej strony wiedziałam , że jeśli wsiąknę w uczelnię, to plany macierzyństwa znów się odejdą na dalszy plan…. Rodzina i znajomi pukali się w czoło słysząc o moich zamiarach. A ja powiedziałam dość łudzenia się, teraz czas na dziecko!
Trudno było dotąd wybrać się do kliniki oddalonej o 500 km, gdzie chcieliśmy poddać się zabiegowi In-vitro. Wiedzieliśmy , że to najlepsza klinika w Polsce i jeśli już to pojedziemy właśnie tam. Diagnoza, która była postawiona od dawna potwierdziła się. Byłam w dniu cyklu , w którym można było rozpocząć stymulację. Decyzja zapadła , zaczynamy od zaraz!
Dostaliśmy długa listę zaleceń, wskazówek i kilka recept. Byłam jak dziecko we mgle wśród leków , zastrzyków, i mimo że personel kliniki zapewniał , że są duże szanse ja w to nie wierzyłam. Za dużo dotąd łez i rozczarowań by teraz ot tak po prostu uwierzyć w powodzenie…
Wracaliśmy do domu zmęczeni, ale podnieceni myślą, że pojawiło się światełko w tunelu. Po 2 tygodniach stymulacji , która ponoć przebiegała wzorcowo znów wyprawa do kliniki. Dziś punkcja , za 3 dni transfer – usłyszałam od dr prowadzącego. Radość , a jednocześnie lęk i obawa czy te starania przyniosą rezultat w postaci upragnionej ciąży. Zastrzyki , tabletki , suplementy diety, które miałyby wspomagać poczęcie – chwytałam wszystko co wpadło mi w ręce aby mieć poczucie , że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, aby choć odrobinę zwiększyć szanse.
26 maja – w Dniu Matki odbył się transfer. Byłam niezwykle podenerwowana, podniecona , rozkojarzona… nawet nie wiem jak to uczucie dziś opisać. Dokładnie rok temu pod moim sercem zamieszkała nasza córeczka. Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Pamiętam w co byłam ubrana, jak przebiegał wyjazd do Warszawy, nawet pamiętam twarz dziewczyny, która czekała w kolejce przed nami do gabinetu naszego pana doktora. Pamiętam wzruszenie i łzy w oczach jak pokazano nam nasze kruszynki pod mikroskopem i to niezwykłe uniesienie w chwili, kiedy pan doktor oznajmił, ze maluszki są już w moim brzuchu. To było takie niezwykłe, piękne, wzruszające. Oby tylko nasze kruszynki zechciały we mnie zamieszkać, o to modliłam się nieustannie…
Odliczałam dni do testowania. Czas wlókł się niemiłosiernie. A ja…z jednej strony pełna nadziei , wiary że się uda, podtrzymywana na duchu przez bliskich , z drugiej strony nie chciałam się zbytnio nakręcać by później się nie rozczarować za bardzo. Napięcie sięgało zenitu , słuchałam sygnałów z brzucha , jednak była cisza , która przecież również mogła oznaczać ciążę…W laboratorium zniecierpliwiona sytuacją poprosiłam o szybki wynik. Czekałam, a w głowie kłębiło się tysiące myśli… jest , jest wynik… drżącą ręką odbierałam go z okienka…beta HCG 596… nie, nie mogłam w to uwierzyć , na taki wynik czekałam tak długo, to nie możliwe…., pomyłka??? Radość , euforia , ale i paraliżujący strach o to nowe rozwijające się we mnie życie, a może dwa życia??? Wysoka beta mogła wskazywać na ciążę mnogą. Tą wiadomość miałam ochotę ogłosić całemu światu , jednak postanowiłam poczekać do pierwszego badania usg i wtedy podzielić się ta wiadomością ze znajomymi…
To wszystko wydarzyło sie rok temu... a za chwilę Maja skończy 3 miesiące Do dziś noszę przy sobie pierwsze zdjęcie Mai. Ma na nim 7 mm…

I trymestr
Nie mogłam doczekać się wizyty w klinice. W mojej miejscowości co prawda weryfikowałam wyniki hormonów ciążowych, jednak wolałam pojechać tam gdzie zaczęło istnieć to maleńkie życie i podziękować z całego serca sprawcom tego CUDU! Beta prawidłowo rosła, wyniki w normie, świadczą o ciąży! Na pierwsze usg w 6 tygodniu ciąży jechaliśmy z niepokojem. Droga ciągnęła się bardzo, a my mało rozmawiając, trochę podenerwowani , pełni obaw o ciążę, rozmyślaliśmy o przyszłości. Każdy w swojej głowie układał plan na kolejne lata…
Maleńki pulsujący bardzo szybko punkcik, nasze serduszko, to było to co ujrzeliśmy na monitorze. Łzy popłynęły po policzkach, łzy ogromnej radości. W drodze powrotnej już śmielej, w głos snuliśmy plany. Nie wierzyliśmy, że to właśnie my jesteśmy szczęściarzami, a za chwile zostaniemy rodzicami. Ciąża dotąd była abstrakcją , kobiety w ciąży budziły złość , a kolejne ciąże w rodzinie okupione były płaczem zazdrości , złości i egoizmu…że to nie ja.. Gdy przechodziłam obok wystawy z dziecięcymi ubrankami odwracałam głowę , a widok tych maleńkie ciuszków rozrywał mi serce. A teraz MY , właśnie my stajemy się rodziną!
I trymestr ciąży wspominam jako czas wzlotów i upadków , a to ze względu na samopoczucie oraz dolegliwości , które mnie nie omijały, a to na wahania nastroju, hormony we mnie szalały …Czułam się fatalnie , ale paradoksalnie cieszyłam się z tego. Od zawsze dbałam o linię i czyniłam starania by mój brzuch był płaski , a teraz cieszyłam się że rośnie…Najchęniej podłączyłabym się na stałe do aparatu usg i podglądała moją kruszynkę. Biegałam na kolejne wizyty z duszą na ramieniu, a zapewnienia doktora , że jest w porządku utwierdzały mnie w przekonaniu , że to nie sen. Coraz bardziej wierzyłam , że będzie dobrze. Nie ustawałam w modlitwie, prosiłam Boga aby strzegł nas od złego… Sumiennie słuchałam zaleceń i kułam brzuch kolejnymi porcjami zastrzyków. Choć bolał i był siny zaciskałam zęby , bo wiedziałam , że robie to dla mojej perełki. /w sumie wzięłam ich ponad 100 / Mówiłam do niej , śpiewałam, głaskałam, czytałam bajki , włączałam muzykę poważną… Mimo , że nie było bezpośr
edniego zagrożenia ciąży już wtedy przestałam pracować , by zupełnie przypadkiem jej nie zaszkodzić. Mąż , rodzice , siostry, znajomi wszyscy cieszyli się i gratulowali. A ja promieniałam. U doktora prowadzącego zapoznałam wspaniałą położną , do której mogłam zwrócić się z każdym problemem. Była to dla mnie wielka wygoda , móc konsultować sygnały z brzuszka, dolegliwości, których przecież nie brakowało. A ona cierpliwie odpowiadała , zapewniała , że wszystko jest pod kontrolą, a maleństwu nic nie grozi, i żeby zaufać dr prowadzącemu. Już wtedy „zaklepałam” sobie jej pomoc w dniu porodu, a ona chętnie się zgodziła. Wiedziałam , że jest to osoba kompetentna , jest przecież międzynarodowym konsultantem laktacyjnym, i z nią w towarzystwie męża będę czuła się pewniej.
I trymestr minął szybko…W 12 tygodniu ciąży pojechaliśmy znów do kliniki na usg tzw: genetyczne, by wykluczyć wady rozwojowe płodu. I znów stres, jak zwykle niepotrzebnie , bo wszystko było w najlepszym porządku. Choć trudno, mając nielada wyobraźnię zidentyfikować rączkę , nóżkę czy główkę to wierzyłam doktorowi na słowo , że jest w porządku, a dzidzia rozwija się prawidłowo. Nasza kruszynka drapała się po policzku, serduszko miarowo biło, a my z mężem nie mogliśmy skryć wzruszenia…Na telefonie przewisiałam niemal całą drogę powrotną, przecież musiałam ogłosić całemu światu , że nasz wielki , mały człowiek ma 9 cm długości!!!

II i III trymestr
Dwa kolejne trymestry ciąży to czas wielkich zmian , nie tylko w moim organizmie , ale i zmiany w otoczeniu…Zauważyłam , że pojawił się syndrom „wicia gniazda”. Urządzałam pokoik dla dziecka, zrobiliśmy generalny remont w mieszkaniu, chciałam by przyjście na świat dziecka było w naszym domu szczególnym wydarzeniem , by wszystko było dopięte na ostatni guzik gdy powitamy maluszka na świecie.

Z dumą wypinałam rosnący brzuszek , i nie mogłam się doczekać , kiedy inni zaczną go zauważać. Mąż patrzył na mnie z uśmiechem , a ja kupowałam kolejne tuniki ciążowe , i cieszyłam się , że robią się za małe.
Pewnego niedzielnego wieczoru , było to w 17 tygodniu ciąży, gdy położyłam się na spoczynek poczułam pierwsze ruchy…jakież to było cudowne…, delikatne motylki w brzuchu znów wycisnęły łzy i jak utkwiły w pamięci. Oboje z mężem płakaliśmy ze wzruszenia , ze szczęścia… Od tej pory oswajałam się z ciążą , bo dzidzia dawała mi znaki , że jest obecna. Mąż pukał do niej , rozmawiał , przykładał stetoskop…Czułości nie brakowało.

W 24 tygodniu , podczas badania usg dowiedziałam się , że pod sercem noszę córeczkę. Marzenia się spełniają!- krzyknęłam do męża, który siedział przed gabinetem. Doktor zawołał przerażonego tatusia , by zobaczył swoją córkę. Patrzyłam na rozpaloną twarz męża- jeszcze nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego, a znaliśmy się już ponad 10 lat!
Z imieniem nie mieliśmy większych problemów. Miesiąc maj to dla nas najszczęśliwszy miesiąc: w maju poznaliśmy się , i w maju odbył się transfer. Nasza córeczka będzie miała na imię MAJA.

W końcu odważyłam się kupić pierwszy kaftanik… Leżał w szafie a ja czasem sobie na niego patrzyłam, tuliłam do siebie, płakałam… Tęskniłam do bycia mamą, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam jak naprawdę bycie mamą miałoby wyglądać. Chciałam jak najszybciej móc go założyć na cieplutkie ciałko bobaska…
I ten dzień nadszedł. Dziś rano wyjęłam go z szafy i założyłam Malutkiej. Popłakałam się tak jak kiedyś, gdy trzymałam go w ręku. Tylko tym razem nie tuliłam bluzeczki, tylko moją córeczkę ubraną w kolorowy kaftanik. Tym razem nie płakałam z bezsilności ani żalu, ale ze szczęścia.

W 30 tygodniu ciąży , podczas kolejnej wizyty nieoczekiwanie dowiedziałam się , że ciąża jest zagrożona. Szyjka skróciła się , zaczęło postępować rozwarcie…Łzy, lęk , obawa o dziecko…przecież jeszcze za wcześnie by mała przyszła na świat…Na drugi dzień rano miałam zgłosić się na oddział patologii ciąży(cóż to za straszna nazwa, fatalnie działająca na kobiecą psychikę). Pamiętam , były to mikołajki 8 grudnia, a ja przebierałam się w koszulę nocną i miałam leżeć. Pierwszy dzień przepłakałam. Płakałam bo nie wiedziałam , czy kiedykolwiek ujrzę swoją kruszynkę. Oddział nie napawa optymizmem, kobiety pogrążone w nadziei, niektóre tracą ciązę… inne , wsłuchane w swój brzuch, odliczające tygodnie do porodu, drżące z obawy, czy wszystko dobrze się skończy. Nie było dnia by któraś nie pochlipywała w poduszkę….nie chciałam na to patrzeć. Dostałam zastrzyki na rozwój płucek malutkiej, założono mi pessar , i za kilka dni już byłam w domu. I mimo , ze miałam leżeć , leżenie w domu to ni
e to co w szpitalnym , zimnym łóżku…
Od tej pory musiałam bardzo uważać. Coraz częściej czułam skurcze i coraz więcej wykonywałam telefonów z pytaniami do mojej położnej. Skreślałam dni w kalendarzu , w pamiętniku przybywało zapisków. Chodzenie zaczęło sprawiać trudności , szybko dopadało zmęczenie , bolał kręgosłup, nie mówiąc o wstawaniu z łóżka. Mała uciskała na pęcherz i wątrobę i stąd te bóle. Upodobała sobie legowisko pod żebrami i wypinała się ochoczo…Ale co tam dam radę wmawiałam sobie, byłam silna jak nigdy dotąd! I tak mijał tydzień po tygodniu , a ja nie mogłam doczekać się spotkania z Mają. Wyobrażałam sobie jej malutki buziaczek ;uśmiechnięty , wpatrzony we mnie, taki bezbronny i czysty.
Gdy zaczęłam 36 tydzień byłam spokojna. Doktor zapewniał , że maleństwo osiągnęło już taką wagę , że śmiało może przychodzić na świat. Mnie ogarnęło przerażenie…wydawało mi się , że jeszcze tyle rzeczy trzeba zrobić , kupić. I choć torba była spakowana od dawna , a ja ciągle do niej zaglądałam , przytulałam te maleńkie ubranka, mając poczucie , że na pewno o czymś zapomnę, w pośpiechu jadąc do szpitala. Podczas jednej z ostatnich wizyt ustaliliśmy z doktorem termin cesarskiego cięcia. Jeszcze tylko dwa tygodnie w dwupaku. Tylko, czy aż dwa tygodnie, spędzone na gdybaniu jak to będzie...
Dzień dobry, córeczko. Nareszcie razem..
No i nadszedł ten wielki dzień. W piątek 1 lutego rano stawiliśmy się na oddziale porodowym, a nasza położna trzymając mnie za rękę prowadziła na sale operacyjną… Ja w przeddzień byłam u fryzjera, nie chciałam by Majeczka zobaczyła mamę w tłustych strąkach ;). Anestezjolog popatrzył na mnie z uśmiechem , pewnie pomyślał czy ja z tą fryzurą przyszłam na zabieg cięcia czy na bal karnawałowy…Zdenerwowanie , obawa o przebieg porodu to wszystko złożyło się na rozpoczęcie akcji skurczowej. Doktor zdecydował o nagłym cięciu…I usnęłam szybciutko wyobrażając sobie Maję. Mąż dzięki naszej cudownej położnej czekał tuż za drzwiami, mógł przeciąć pępowinę i pierwszy przytulał naszą kruszynkę…Noooo , nie taką kruszynkę . Maja ważyła 3150, a mierzyła 52 cm. Duża kobitka! Ja jeszcze pod wpływem znieczulenia tuliłam małe cieplutkie, miękkie policzki , całowałam miniaturowe paluszki, a łzy płynęły po twarzy. Żaden inny dotyk nie mógł się z tym dotykiem równać.
Dla tego dotyku warto było czekać tak długo…
Czułam ból , ale nie myślałam o tym. Brzuch uciskał ranę, powodując dodatkowy dyskomfort, brak ruchu mnie przerażał. Leżałam, nie spuszczając oka z mojej córki. Właśnie tak sobie ją wyobrażałam; duże granatowe oczka , pyzata buźka, a na główce delikatny meszek. Skarb , brylant, malutka bezbronna istotka , zdana tylko na innych. Tak bardzo chciałam wstać , wziąć ją w ramiona. I wstałam jeszcze tego samego dnia wieczorem, głodna opieki , przewijania , tulenia małej. Szybko uruchomiona, najchętniej już biegłabym do domu w skowronkach. Mąż , rodzina, koleżanki – drzwi mojej sali nie zamykały się. Wszyscy chcieli zobaczyć to wyczekane , wymodlone maleństwo.



„Małe dziewczynki są po to by śpiewać im kołysanki…
Całować je i tulić, ubierać w koronki , falbanki…
Małe dziewczynki są po to by budzić nas w nocy , nad ranem…
Małe dziewczynki są po to by były bardzo kochane”…

Maja jest naszym spełnieniem , naszym skarbem. Do dziś nie wierzymy, że się udało , że ta bezbronna mała istotka zrodziła się z naszej wielkiej miłości oraz dzięki pomocy medycyny.
Jestem w niej zakochana po uszy i nie ma miejsca na jej ciałku , które nie byłoby przeze mnie pocałowane. Zupełnie oszalałam na jej punkcie. Jest radością rodziny, oczkiem w głowie tatusia, a dziadek za nią wręcz przepada. I mimo , że dziadkowie mieszkają na drugim końcu miasta są u nas codziennie. Noszą , tulą, rozpieszczają.
Macierzyństwo sprawia mi ogromną radość, optymizm powrócił po tak długim czasie smutku i pustki w sercu… Dni mijają nam na poznawaniu siebie , uczeniu się bycia razem, tuleniu, gaworzeniu . Maja zapełnia cały mój czas , ten czas jest zarezerwowany właśnie dla niej. Biegnę do łóżeczka jak tylko zakwili, bo wiem że ona mnie potrzebuje. I ja potrzebuje jej , bez niej nic nie miałoby sensu. I mimo to , że mam obok siebie męża ,który stara się jak może, rodziców , siostry , grono wspaniałych przyjaciół Maja jest teraz numerem jeden i nic więcej się nie liczy. Często przeglądam się w jej błyszczących, szafirowych oczkach i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Jest naszym aniołeczkiem , iskierką , serduszkiem , naszą gwiazdeczką z nieba!
Potrzeba by nowej historii by opisać czas spędzany z Mają. Mogę jedynie powiedzieć, że ta długa i kręta droga jaka przeszliśmy powoli się zaciera . Przysłania ją ogromna radość , miłość , oddanie, uczucie nieocenionego szczęścia, a trudy tej drogi rekompensuje jeden nieśmiały, maleńki, szczerbaty uśmiech…
Marzenia się spełniają…
Sądziłam, że przestanę marzyć, gdy Maja sie urodzi. Myślałam, ze gdy to największe marzenie się spełni, to w końcu moje życie nabierze tylu barw, że marzenia nie będą już potrzebne. Myliłam się, bo choć świat jest teraz kolorowy jak nigdy dotąd, to marzenia nie zginęły z mojego życia, a jedynie zmieniły charakter. Teraz marzę o pierwszym "mama", pierwszych wyciągniętych rączkach , pierwszych kroczkach , kiedy Maja sama rano przyczłapie do naszego łóżka…i wyciągnie malutkie rączki , a później oplącze je wokół mojej szyi…
Opowiadam Mai, że czekam na moment, kiedy na jej malutkie nóżki założymy malutkie buciki, a ona będzie dreptała nieporadnie malutkimi kroczkami , a my w kółeczku będziemy wyciągać ręce i cieszyć się z jej malutkich osiągnięć…

 

 

 Marta17- mama Mai (po in vitro)

 

Comments