Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Marta - zbieramy pieniądze, by zostać rodzicami

opublikowane: 27 gru 2008, 12:01 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 28 sty 2009, 07:17 ]
Mam na imię Marta i mam 26 lat . Od pięciu lat staramy się z mężem o dziecko, niestety do tej pory bezskutecznie. Odkąd się poznaliśmy, współżyjemy nie stosując zabezpieczeń.
 
Po dwóch latach pożycia małżeńskiego i regularnych starań o dziecko udałam się do ginekologa z prośbą o pomoc . I zaczęły się badania stężenia hormonów we krwi, monitoringi cyklu, tabletki i seks na zawołanie, bo lekarz powiedział,  że w tym dniu, o tej porze...
Trwalo to rok i dalej nic.
 
Byliśmy już tym wszystkim zmęczeni i daliśmy spokój na kilka miesięcy. Wtedy nie zdawalam sobie sprawy z tego, że to dopiero tzw. początek góry lodowej .
Zaczęły się kłótnie i obwinianie siebie nawzajem. Ja twierdziłam, że jestem zdrowa, bo przecież lekarz nic nie stwierdził, a mąż bronił się rękami i nogami przed zbadaniem nasienia.
Nie mogłam tak żyć . Co miesiąc zalewałam się łzami, gdy dostawałam miesiączkę . Postawilam sprawę na ostrzu noża . Powiedziałam mężowi, że albo się zbada, albo z nami koniec i biorę rozwód!
Poskutkowalo.
Razem udaliśmy się do androloga - zawsze robimy wszystko razem. Na wyniki badań czekaliśmy dwa tygodnie. Kopertę z wynikami otwieral mąż drżącymi dłońmi i to on pierwszy odczytał wynik . W ejakulacie znaleziono kilka sztuk żywych plemnikow. Azoospermia (brak plemnikow) taki dostaliśmy wyrok .
W oczach stają mi łzy, gdy przypominam sobie minę mojego męża. Jak zbity pies z podkulonym ogonem milczał jak kamień, by po chwili orzec, że nie będzie robił problemów przy rozwodzie. Nasz świat się zawalił...

Ale postanowiliśmy walczyć o nasze szczęście. O spełnienie naszego jedynego marzenia, jakim jest dziecko. Udaliśmy się ponownie do androloga, który rzeczowo wyjaśnił , że szanse są niewielkie, a koszty leczenia bardzo wysokie i podal cenę biopsji, która miala być pierwszym krokiem i jedynym wyjściem w naszej sytuacji . Nie obiecal jednak, że plemniki się znajdą . Z oczu popłynęły mi łzy . Podczas biopsji trzymałam męża za rękę, a on spytał, czy jak nie znajdą plemników to go zostawię?
„Nigdy Cię nie zostawię, zbyt mocno Cię kocham. Razem się zestarzejemy, przysiegam" –odpowiedziałam.
Plemniki się znalazly i zostaly zamrożone .

Dostaliśmy skierowanie do kliniki niepłodności i tam zaczęliśmy procedurę in vitro .
Byliśmy oboje pełni nadziei i radości . W koncu zaczęło się dziać, będziemy rodzicami, spełni się nasze marzenie.
Cala procedura była bardzo bolesna pod względem fizycznym i psychicznym . Mąż robił mi zastrzyki w brzuch podczas stymulacji, chociaz na co dzień mdleje na widok igly. Ja zresztą też . Ja zamykałam oczy a on celował w brzuch.
Trwało to dwa tygodnie i czasami płakałam z bólu, ale po każdym zastrzyku byliśmy jeden dzień bliżej naszego marzenia. Później była punkcja i pobranie jajeczek do zapłodnienia. Mieszkamy w Niemczech, i pomimo tego że pobrano dziewięć sztuk, to zapłodniono tylko te do transferu .

Po punkcji pojechaliśmy do domu. Niestety wieczorem dostałam takich bóli, że wylądowałam w szpitalu. Mialam hiperstymulację trzeciego stopnia. Spędziłam tam trzy dlugie dni i noce – bez snu... byłam tylko ja i mój ból. I myśl, czy aby na pewno jajeczka się zapłodnią. Nie potrafiłam nawet plakać, ponieważ bol utrudnial oddychanie.
 
Transfer zarodków odbyl się w trzecim dniu. Pojechałam na niego prosto ze szpitala, prawie nieprzytomna ze zmęczenia i bólu. Po transferze mąż zawiózł mnie powtórnie do szpitala, bo ból jeszcze bardziej się nasilał. Jajniki urosły do wielkości pomarańczy.
Kolejne dwie noce spędziłam siedząc na korytarzu szpitalnym, jęcząc z bolu. W sumie nie spalam prawie pięć dni! Pięć dni towarzyszył mi tylko ból i kroplówki. Objawy zaczęły w końcu powoli ustępować, a ja wróciłam do domu pełna nadziei... Liczyłam godziny i dni ciągle biegając do łazienki i sprawdzając, czy na majtkach nie ma oznak miesiączki. Z każdym dniem wierzyłam coraz bardziej i mocniej, a na twarzy pojawiał się czasem delikatny uśmiech na myśl o tym, że mam w brzuszku dwie kruszynki. Moje dzieci, skarby najdroższe - mówiłam do nich .

Po siedmiu dniach dostalam miesiączkę i świat runął w gruzach ...
Bardzo dlugo podnosiliśmy się z upadku.  Byliśmy na samym dnie. Zdruzgotani finansowo i psychicznie. Podniosłam się miedzy innymi dzieki pomocy forumowiczów
http://www.nasz-bocian.pl . Zajęło mi to dość dużo czasu . Postanowiliśmy , że uzbieramy potrzebne środki finansowe i pojedziemy do Polski spróbować ponownie. Wlasnie zbieramy pieniążki .

Załamałam się jednak, gdy usłyszałam o Ustawie Bioetycznej, która ma niebawem wejść w życie. Wystarczy nam sił na jeszcze jedno podejście do procedury , a uzyskane zarodki  chcielibyśmy zamrozić . To dodatkowa szansa dla nas na uzyskanie ciąży. Nie bez powodu opisuję moją historię, chcę w ten sposób przerwać milczenie o nas, osobach niepłodnych i obalić mity, które krążą w mediach i które wygłaszane są z ambon Kościoła katolickiego .

Nie jestem stara i nigdy nie stosowałam antykoncepcji, a jednak niepłodność dotknęła moje małżeństwo i jest mi bardzo przykro, gdy słucham stanowiska Kościoła w tym temacie. To dodatkowy cios w środek serca.
Przerażają mnie tez plany naszego Rządu . Wprowadzenie Ustawy Bioetycznej w jej obecnym kształcie będzie dla nas osob niepłodnych katastrofalne w skutkach . Koszty In vitro, i tak już bardzo wysokie, wzrosną jeszcze bardziej, a my kobiety będziemy narażone na ból i cierpienie spowodowane objawami hiperstymulacji. Mrożone zarodki dają nam szansę na uzyskanie ciąży i komfort psychiczny, że jeszcze przecież nie wszystko stracone. Jeżeli Polski nie stać na refundację zabiegów, proszę chociaż o tyle, aby nie utrudniać nam drogi do zostania rodzicami.
 
Marta - czeka na drugie in vitro

Comments