Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Marzena - poczułam, że... to moja komórka

opublikowane: 21 sty 2009, 00:35 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 27 sty 2009, 00:12 ]

Czy wiecie jak  bezgraniczna może być miłość, miłość do dziecka, które nie jest krwią z mojej krwi, do dziecka, które sama urodziłam, do dziecka, które sama wywalczyłam, do dziecka, które kocham każdą cząstką mojego ciała. Skomplikowane prawda ? Tak samo skomplikowana i trudna była moja droga do tego cudu.

 

A miało być tak pięknie. Cudowny człowiek obok mnie, ot taka bratnia dusza, jedność w jedności , część mnie samej.

Już przed ślubem wiedziałam, że lekko nie będzie, mąż miał zespół Klinefeltera (w genotypie za dużo o jeden X ).

I właśnie ten niby nic nie znaczący X stał się naszym dramatem. Wykluczył bowiem szanse męża na posiadanie własnego dziecka. Wierzyłam jednak w cud. Niestety wizyta u androloga i badanie nasienia rozwiały moje nadzieje.

 

Pytacie czy płakałam?

Nie, nie płakałam – ja wyłam z bezsilności.

 

Nie dałam jednak za wygraną, zaczęłam nieśmiało przebąkiwać o nasieniu dawcy. Pierwszą reakcję męża nietrudno było przewidzieć, ale z czasem…Podeszłam do 5 inseminacji  z nasieniem dawcy. Myślicie, że była radosna, że byłam podekscytowana?

Bzdura – czułam się brudna, przepłakałam całą noc. Ale niestety nie zaszłam w ciążę. Po pół roku znów zrobiłam badania, bo wciąż szukałam przyczyny dlaczego się nie udaje. I znów wyrok – moje FSH (rezerwa jajnikowa) na wykończeniu, dlaczego nikt nie zwrócił na to wcześniej uwagi.

Co zrobiliśmy z tą informacją?  Otóż udaliśmy się do… banku, załatwiliśmy kredyty i pojechaliśmy do Warszawy z nadzieją na cud, tzn. in vitro.

Wiedziałam, że się uda. Jeździliśmy przez 2 tygodnie co dwa dni 230km w jedną stronę . Koszty leków rosły drastycznie, stymulowałam się fatalnie, pęcherzyki nie chciały rosnąć. Pobrano jednak 3 komórki, 2 się zapłodniły, ale były bardzo słabe. Jednak po 13 dniach zobaczyłam te magiczne 2 kreski.
 
Boże mój, wówczas nie wiedziałam, że trzeba zrobić jakieś  HCG (test z krwi na potwierdzenie ciąży).
 
Nie cieszyłam się jednak długo. Za 4 dni było już po wszystkim…

 

Bardzo, bardzo długo  podnosiłam się z dna. Tam gdzie byłam, można albo zostać albo odbić się z nową siłą do walki  o cud. Tę siłę dał mi mój mąż. To dla niego znów chciało mi się żyć i walczyć o dziecko. Podeszłam jeszcze 3 razy do in vitro  na swoim własnym cyklu – pęcherzyk albo był pusty albo komórka się zdegenerowała, cokolwiek to wówczas znaczyło. Potem podeszliśmy do programu z komórką dawczyni, 2 razy, bezskutecznie. Po rocznej przerwie postawiliśmy wszystko na jedną kartę – podchodzimy jeszcze raz do komórki dawczyni, potem składamy wniosek do OAO. Ponieważ grupa krwi moja i mojego męża nie jest popularna,  bardzo długo, bo aż 5 cykli czekałam na KD. Kiedy kończył się piąty cykl, była komórka tylko z inną zupełnie grupą krwi.

Zgodziłam się  po chwili wahania, bo czułam, że… to moja komórka. Głupie prawda?

Transfer zrobiono 3 dni później, dodatkowo dostaliśmy zarodek innej pary (już z naszą grupą krwi) , która zrezygnowała już ze swoich zamrożonych zarodków. I znów te 2 tygodnie czekania. Ale to znaczą 2 tygodnie wobec 9 lat walki. Nie robiłam testu, zrobiłam HCG – wynik w 12 dniu po transferze 178!
 
Wielka radość i… wielki strach – wieczorem zaczęłam plamić.  
 

Niunia była jednak bardzo silna, mimo iż kosmówka nie przykleiła się w całości do macicy, dała radę.

Po 9 miesiącach zobaczyłam najcudowniejsze  błękitne oczka na świecie, oczy które kocham ponad własne życie.

Czy uwierzycie że mała jest kopią mojego męża?

Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale ona naprawdę jest bardzo, bardzo podobna  do swojego tatusia, nawet ma jego grupę krwi J.

Marzę o drugim dziecku, bo nie można kochać jednego taką miłością jak my je kochamy.

Co będzie? Zobaczymy… cuda się zdarzają.

Jeden z nich śpi niespokojnie obok mnie, ponieważ wychodzi mu 3 ząbek J

 

Marzena 33 l. – mama córeczki z in vitro (program z KD)
Comments