Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

M. - lekarze to narzędzia w rękach Boga

opublikowane: 15 sty 2009, 00:21 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 15 sty 2009, 05:04 przez Michał Damski ]
Odkąd zjawił się w moim życiu mój obecny mąż, wszystko się zmieniło. Wszystko było proste, wszystko było zaplanowane. Skończymy studia i będziemy pracować, kupimy mieszkanie i założymy rodzinę. Proste marzenia?
Wszystko toczyło się bardzo gładko, w swoim tempie. Po 8 latach mieliśmy zakończone studia, w tym czasie znaleźliśmy wymarzone prace, kupiliśmy pierwsze mieszkanie i pobraliśmy się. Wszystko dzięki własnej pracy i determinacji, rozpierała nas duma i szczęście. W tak wspaniałej historii nie może więc zabraknąć miejsca na dzieci. Przecież to oczywiste – wszyscy je mają.
Żeby nie tracić czasu od razu zrobiłam podstawowe badania – profil hormonalny, monitoring owulacji – wszystko wspaniale, poza prolaktyną – trochę zbyt wysoka, ale bardzo łatwa do zbicia. Wszystko z nami ok, więc do dzieła! Pamiętam, że w pierwszym miesiącu, gdy jednak przyszła ta paskudna @ (miesiączka) płakałam – dlaczego się nie udało? Przecież nic nam nie dolega, wiem kiedy mam owulację, dlaczego??? Szybko jednak wzięłam się w garść – przecież jak nie teraz, to już za chwilę zostanę mamą! W kolejnym miesiącu przyjście @ zrobiło już na mnie mniejsze wrażenie, w następnym i następnym, i następnym właściwie już się jej spodziewałam.
 
O co więc chodzi? Odwiedziłam różnych ginekologów – wszyscy powtarzali to samo – do roku każdemu może nie wyjść, martwić można się potem. Zaczęłam mierzyć temperaturę, robić wykresy, stałam się specjalistą od naturalnych metod planowania rodziny (bardzo żałuję że tak późno), co do kwadransa mogłam określić kiedy mam owulację. Niestety nic nie pomagało.
Pomyśleliśmy więc – może zrobić badania nasienia? Może skoro wychodzi, że wszystko gra, to może mój mąż ma słabsze nasienie i może trzeba pobrać jakieś witaminy itp. Lepiej wiedzieć wcześniej, przecież najwyżej weźmie witaminy i szybciej zajdziemy w ciążę – idziemy na badanie! Zapisani przyszliśmy po raz pierwszy w życiu do kliniki leczenia niepłodności – co za smutne miejsce! Pewnie pierwszy i ostatni raz, na szczęście. Pani na recepcji dała nam kubeczki i pokazała drogę do pokoju oddawania nasienia. Na schodach z przejęcia wywinęłam orła i wylałam całą butelkę z wodą, którą miałam ze sobą. Weszliśmy do pokoju – wyglądał jak pokój w podrzędnym hotelu, do tego jakieś magazyny erotyczne, klimat kompletnie nie sprzyjający, no ale czego się nie robi – to zwykłe badanie i trzeba „przecierpieć”. Nasienie oddane a my wyjeżdżamy na wakacje. Na wakacjach szaleństwo, po takich wakacjach uda się każdemu! Wracamy do domu, mamy zaplanowany jeszcze 1 dzień urlopu i wracamy do pracy. Następnego dnia po powrocie idziemy więc do kliniki po odbiór wyników. Koperta w ręku wychodzimy i oglądamy.... kartek sporo, imię i nazwisko męża i tylko 1 napis – azoospermia. Co to jest azoospermia? Nie mam bladego pojęcia, szukamy ile % jest w jakim ruchu – żadnych informacji. Może to jakiś błąd? Po raz pierwszy poczułam, niesamowity ścisk w żołądku – dlaczego nie jest nic więcej napisane? A jeśli azoospermia oznacza coś gorszego, jakąś nieuleczalną chorobę? Nie czuję się dobrze... wracamy do domu i od razu do internetu – azoospermia, azoospermia, co to jest – wikipedia:

Azoospermia to całkowity brak plemników w ejakulacie

Najczęściej spowodowany jest niedorozwojem lub zanikiem jąder, utratą jąder lub ich czynności wskutek niektórych leków lub radioterapii lub też niedrożnością dróg nasiennych.

Nie to niemożliwe, jak to całkowity? Ludzie mają obniżony parametry, ale c a ł k o w i t y??? Szukamy dalej – dalej tylko potwierdzamy tą informację.

 

Nasz świat się zawalił. To był najgorszy dzień w naszym życiu, nie mogliśmy w to uwierzyć – oboje mamy rodzeństwo, nikt w rodzinie nie miał problemów z niepłodnością, tak bardzo się kochamy. Nie jestem w stanie pogodzić się z myślą że nie będziemy mieć dzieci. To jakiś koszmar, nie możemy jeść, nie możemy spać, nie możemy znaleźć dla siebie żadnego miejsca. Nie, nie, nie – nie zgadzam się – zapisujemy się od razu, następnego dnia do urologa. Do pracy nie pójdziemy, nie jesteśmy w stanie.

 

Następnego dnia rano pojechaliśmy do przychodni, w poczekalni widziałam tylko małe dzieci – piękne, kochane dzieci, których być może nigdy nie będziemy mieć. Nie mogłam powstrzymać się od płaczu, w poczekalni pełnej ludzi płakałam i płakałam nie mogąc nic na to poradzić. Wizyta niewiele pomogła, mąż dostał jakieś badania, ale lekarz nie znał się za bardzo. Postanowiliśmy zapisać się do urologa w klinice niepłodności.
 

Dojście do siebie zajęło nam kilka dni, ale nie wróciliśmy do stanu, który był wcześniej. Nic nie było takie same, wszystko straciło znaczenie. Jak na nowo zaplanować sobie życie?

I czy w ogóle jest sens cokolwiek planować? Woody Allen powiedział „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu jakie masz plany na przyszłość.” W naszym wypadku Bóg wykazał się bardzo czarnym humorem…
 
Żyliśmy myślą o wizycie i nadzieją, że może coś da się poradzić. W międzyczasie powtórzyliśmy badanie, ale wynik się nie zmienił. Myślę, że w tym czasie dobrze zrozumiałam jak bardzo kocham mojego męża i że jestem w stanie zrobić wszystko, żeby ten koszmar się skończył. W tym czasie zupełnie inaczej zaczęłam też patrzeć na bezdzietne kobiety jak i odbierać to co mówią do mnie ludzie na temat posiadania dzieci. Ludzie są strasznie niedelikatni, no ale kto z nich by się mógł domyśleć co przeżywamy… sama przecież jeszcze niedawno byłam taka sama – współczułam parom, które nie mogą mieć dzieci, ale raczej z litości, nie rozumiałam ich i nie starałam się zrozumieć. Było mi głupio, ale dzięki temu nie oczekiwałam zbytniego zrozumienia od innych.
 
W końcu nadeszła wizyta – na całe szczęście trafiliśmy dość przypadkowo do chyba najlepszego specjalisty w dziedzinie andrologii – nasza sytuacja była raczej beznadziejna, ale jednak gdzieś w duszy wciąż mieliśmy nadzieję. Doktor nam jej nie odebrał i to było dla nas najważniejsze, zlecił szereg badań, które o ile wyjdą pozytywnie to będzie mógł przeprowadzić biopsję, aby sprawdzić czy plemników nie ma w jądrach! Czyli to nie koniec!!! Może plemniki są?! Zrobimy wszystko, żeby je znaleźć. Od razu zrobiliśmy wszystkie badania i wkrótce zgłosiliśmy się na kolejną wizytę. Najważniejszym wynikiem był wynik FSH, które zbyt wysokie odbiera nadzieję na znalezienie plemników. Odebraliśmy wyniki przed wizytą i … FSH bardzo niskie!, testosteron wysoki, wszystkie inne wyniki w normie!!! Poryczałam się z radości…Od tej pory żyliśmy tylko myślą o biopsji. Doktor znów dał nam nadzieję.
 
Na kolejnej wizycie ustaliliśmy termin, wszystko potoczyło się bardzo szybko – w listopadzie, dokładnie rok po tym jak zrobiłam swój profil hormonalny i rozpoczęliśmy starania o dziecko, odbyła się biopsja. Trwała dość długo, ale przeprowadzona bardzo profesjonalnie, mąż zniósł ją lepiej niż wizytę u dentysty, ale najważniejszą jej częścią była wizyta w gabinecie doktora po godzinie od biopsji. Doktor przyniósł nam zdjęcia przedstawiające… plemniki!!! Boże jak Ci dziękować?! W naszej historii tamten dzień miał przełomowe znaczenie. Skoro są plemniki to musi się nam udać – nieważne ile to nam zajmie, co trzeba będzie poświęcić, ile badań jeszcze wykonać, ile pieniędzy wydać. To wszystko nie miało znaczenia. Za tę informację byliśmy w stanie zapłacić każdą cenę.

Nasz świat się rozjaśnił i nabrał sensu. Wiedzieliśmy, że czeka nas trudna i niepewna droga, ale nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że musimy nią iść. Wtedy zrozumiałam jakiego postępu dokonała medycyna w ostatnich czasach, jeszcze parę lat temu medycyna byłaby wobec naszego przypadku bezradna, dzisiaj mamy możliwości posiadania własnych dzieci, mimo że teoretycznie ich mieć nie możemy! to niesamowite uczucie, to jak wynalezienie leku na raka, to po prostu przełom i fenomenalne osiągnięcie (czy ktoś już dostał za to Nobla? Jeśli nie, jestem pewna że już wkrótce dostanie).

 

Po biopsji zlecono kolejne badania, tym razem genetyczne – doktor przygotował nas, że cały obraz wskazuje, iż u mojego męża problem może stanowić mutacja w genie cftr, która poza mukowiscydozą w silnej postaci, w łagodnej powoduje niedrożność dróg nasiennych. To wszystko miało sens – mąż nigdy nie miał żadnych operacji, żadnych problemów, uszkodzenie mechaniczne uzasadniałoby dlaczego plemników nie ma w ejakulacie. Nasz doktor miał rację – mąż ma mutacje w genie cftr, 2 mutacje.. to oznacza, że ja muszę się przebadać, jeśli ja też miałabym mutacje – nasze dziecko może mieć mukowiscydozę, jeśli nie – będzie jedynie nosicielem mutacji, bez poważnego wpływu na zdrowie. Na szczęście u mnie mutacji nie wykryto, poszliśmy jednak do poradni genetycznej prosząc o dokładne wyjaśnienie ryzyka, aby podjąć dalsze decyzje z pełną świadomością. Genetycy potwierdzili wcześniejsze informacje – w naszym wypadku rozwiązaniem jest mikromanipulacja z użyciem nasienia pobranego z jądra lub najądrza tzw. ICSIi/TESA – jeśli u mnie nie ma mutacji oraz nie występują problemy ginekologiczne to szanse na posiadanie zdrowego potomstwa mamy bardzo duże!
 
Po takiej informacji nie pozostaje nic innego jak podjęcie próby. Po kolejnych badaniach – tym razem moich, przygotowujących do zabiegu – zdecydowaliśmy się. Byliśmy w 3 klinikach, w końcu zdecydowaliśmy się na Warszawski „Invimed”, gdzie poczułam się w pełni bezpieczna – doktor wzbudził we mnie całkowite zaufanie, które biorąc pod uwagę ryzyko związane ze stymulacją i narkozą było dla mnie kluczowe. Stymulacja przeszła bezproblemowo – mąż dzielnie robił mi zastrzyki w brzuch co rano i wieczór, żadnych problemów, wszystko super. Komórki podrosły i nadszedł dzień pobrania komórek, pierwszy raz w życiu miałam mieć narkozę – ogarniał mnie okropny strach – wtedy właśnie zaufanie do lekarza jest szczególnie potrzebne a zaufanie + chęć posiadania dziecka wystarczają, żeby poddać się każdemu zabiegowi. Zabieg przebiegł bezproblemowo, za 2 dni zrobiono transfer.
 9 dni po transferze zrobiłam betę (badanie z krwi na obecność ciąży), wynik był 11, czy to wystarczy? To daje nadzieje, ale nie jest oczywiste. Następnego dnia w niedzielę poszłam na betę do szpitala, nie mogłam wytrzymać. Wyniku długo nie otrzymywaliśmy, gdyż zgodnie z „prawem Murphy’ego” popsuł się sprzęt, nie wiadomo kiedy się naprawi, ale po południu naprawił się – wynik 24! Czy już mogę się cieszyć? We wtorek oficjalna beta w „Invimedzie” – wynik 77!!! Jest cudownie, po prostu cudownie – żeby tylko nic się nie stało.
 Kolejne bety 770 i 7700 (podobieństwo cyfr zupełnie przypadkowe) – stał się cud, jestem w ciąży!
 
Ciągle chce mi się spać i ciągle nie mogę w ten cud uwierzyć – Maleństwo – proszę rośnij!!! W 21 dniu pojawiło się serduszko, kolejne usg nie pozostawiają wątpliwości – Maleństwo rośnie J!
 

Dzisiaj Maleństwo ma ponad 20 cm i się bardzo rozpycha, nasz cud przyjdzie na świat w maju, przyjdzie na świat dzięki rozwojowi medycyny i woli Boga. Bóg na szczęście nie słucha tego, co mówią teolodzy i katoliccy księża i pozwala niepłodnym parom mieć dzieci – tylko Bóg jest w stanie dokonać tego cudu, lekarze to tylko narzędzia w Jego rękach.

 

M. (czeka na maleństwo - do in vitro użyto plemników pobranych z jąder męża)
Comments