Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Anna Róża (i jej tata Pedro) - pojawiłam się pewnego mroźnego dnia

opublikowane: 17 sty 2009, 11:24 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 26 sty 2009, 07:45 ]
 

Dzień dobry!

 

Mam na imię Anna, a dokładnie Anna Róża – tak zawsze mnie tata przedstawia innym. Mam, niech spojrzę w kalendarz, 3 miesiące i 24 dni, a urodziłam się dokładnie 22 września 2008 roku o 9.55 rano. Co prawda, lekarz zaplanował mnie na początek października, ale, no wiecie, już się tyle wysiedziałam w tej ciasnocie u mamy w brzuchu, że zdecydowałam się troszkę pośpieszyć. Zresztą 2 tygodnie w tę czy w drugą stronę… kto by się tym przejmował. I tak, jak wspomniałam wcześniej, zaczęłam „otwierać drzwi” na ten świat ok. 3 rano, by po prawie 10 godzinach zacząć swoje samodzielne życie. Co prawda z tą samodzielnością jak na razie nie jest do końca tak jakby to pewnie rodzice chcieli, ale w końcu sama siusiam, sama robię kupkę, sama się ślinię, a co mnie obchodzi co z tym się dzieje jak już nie ma tego we mnie. Co prawda czasem się przyklei, ale wystarczy odpowiednio wrzasnąć i parę sekund i już rodzice się ze mnie tego pozbywają. Ale dość o mnie, przynajmniej na razie, bo w końcu gdyby nie para dwojga uparciuchów to by mnie tu nie było.

 

I tak, moimi rodzicami jest dwoje dziwnych ludzi. Oboje już po 30, mama się jakoś trzyma, ale ojciec to już w ogóle porażka. Łysiejący, przytył, no i mama narzeka, że chrapie. Poznali się lata temu, piękni i młodzi, ale nic wtedy nie wyszło z ich znajomości. Dopiero po latach ojciec zmądrzał i zaczął się starać o mamusię. Ciężko im było od samego początku, oboje mieszkali daleko od siebie, a zamieszać z dnia na dzień razem nie było możliwe. Do tego tata jeździ na wózku inwalidzkim po swym głupim wybryku gdy miał 16 lat i trzeba mu pomagać w tylu sprawach (może ja też mu czasem pomogę, ale to zależy od wysokości kieszonkowego, dzieci też mają swoje potrzeby).

 

O mnie myśleli od początku swojej znajomości, no może jeszcze nie konkretnie o Annie Róży – dziewczynce, ale o mnie. Niestety z racji problemów tatusia nie udawało się długie lata powołanie mnie do życia. Zaczęli jeździć do lekarzy, sprawdzać co można by zrobić, abym się pojawiła, ale kolejne wizyty, kolejni lekarze albo nie wiedzieli jak pomóc, albo wymyślali dziwne teorie. Był nawet taki jeden co kazał kupić takie niebieskie „dropsy” (podobno jak będę starsza to rodzice rozszerzą moją wiedzę o nich) wracać do domu i próbować. Dziwne, cukierki mają pomóc przy dzieciach? Hmm…..

 

Na szczęście mam inteligentnych rodziców. Bardziej mamusię, ale ciii… nie mówić tacie bo się obrazi i przestanie się durnowato do mnie uśmiechać, gugać jakieś dziwne słowa itp., a tak niech myśli, że zabawny. Więc wracając do mamy, khee...kheee…. rodziców, to po latach znaleźli takie miejsca, gdzie nareszcie lekarze zaczęli gadać z sensem, a przede wszystkim wiedzieli z kim i z czym mają do czynienia. Należy się Wam wyjaśnienie „co to lekarze”, a więc to tacy ludzie w białych ubrankach, w większości ponuraki i okropnie bazgrolą na takich podłużnych karteczkach. Droga rodziców po mnie zaczęła się w 2005 roku, kiedy to nareszcie tato, pod naciskiem mamy, zdecydował się nad przebadaniem tzw. plemników – to takie coś z ogonkiem, a znajduje się gdzieś tam u taty. Podobno bez nich nie ma dzieci, no i bez jajeczek, co znów ma mama, ale też jak na razie nie wiem gdzie. Więc tata długo i często rozmawiał z lekarzem, który kazał wykonać mu wiele badań, by z nimi pojawić się w klinice.

 

Zapomniałam wspomnieć, że tata ma tzw. azoospermię (cokolwiek to znaczy) i jedynym wyjściem w jego przypadku była biopsja jąder (nie pytajcie – sama jeszcze nie wiem co to). Więc tata zrobił badania, które wyszły dobrze, po czym tatę położono na stół i taką długą, cienką, zaostrzoną rurką zaczęto nakłuwać te ojca, no te, jądra. Udało się za którymś wkłuciem znaleźć te plemniki, a co najważniejsze, lekarz powiedział, że się nadają – cokolwiek miał na myśli. To był chyba początek mnie, bo wiem, że wtedy rodzice chyba tak naprawdę uwierzyli, że mają szansę na takie cudeńko jak ja. I tu się rola taty, przynajmniej technicznie, zakończyła. Teraz to tylko mógł stać obok i przyglądać się, ale przede wszystkim pomagać mamie, aby się uśmiechała i nie smuciła, co wychodziło mu z różnym skutkiem – ale o tym pogadam z nim w innym stosownym terminie i już możecie mu współczuć.

 

Ale jeszcze zanim od mamusi zabrali jajeczko, kazali i mamie, i tacie zrobić masę badań. A więc znów jakaś, nawet miła, pani znów z tą długą, zaostrzoną i cienką rurką zaczęła wbijać to coś im w ręce. Tata zawsze pod nosem coś gadał o jakiś wampirzycach itp., ale nie wiem o co mu chodziło.

Te badania, spotkania z ludźmi w białych ubrankach, częste wizyty w sklepie z różnokolorowymi dropsami itp., trwały miesiącami. Gdy wreszcie już wszystko co ludzie w białych ubrankach chcieli, było, mama zaczęła brać różne „dropsy”, czasem sama sobie wciskała w pupę te zaostrzone rurki, przy czym zawsze się krzywiła, jakby ją coś bolało. Tak, wiem co to ból, bo mnie boli czasem brzuszek i jak mamę tak samo bolało to ja jej współczuję. Choć w zasadzie z drugiej strony jakaś dziwna ta mama, sama sobie coś wciska w pupę, krzywi się, a czasem płacze z bólu, hmm…. naprawdę dziwne.

Po kilku tygodniach takiego ciągłego łykania „dropsów”, częstych wizyt u lekarza, a na końcu wbicia sobie w pupę rurki, wreszcie stwierdzono, że są jajeczka. Kazali mamie położyć się i zasnęła, to musiało być straszne nudne towarzystwo, że tak mama sobie zasnęła przy tylu lekarzach. Widocznie lekarze nawet w grupie to naprawdę straszne smutasy i nudziarze. Tata nie mógł być z mamą, czekał przed tym pokojem gdzie mama spała i z jakiegoś powodu się dziwnie denerwował. Jednak po godzinie mama już siedziała z nim i czekali na wiadomość. Wiadomość ta dotyczyła mnie, a właściwie nas, bo okazało się, że jest nas więcej. Potem tata z mamą siedzieli długo długo czekając na wiadomość czy te plemniki spodobały się jajeczku i na odwrót. W zasadzie czekanie trwało na pewno za długo, gdy wreszcie zadzwonił telefon i ktoś w słuchawce powiedział, że wszystko jest ok. i transfer o tej i o tej godzinie.

 

Zastanawiające, ile nerwów mieli rodzice czekając na wiadomość czy się sobie spodobały – jajeczko z plemnikiem. Dwa dni potem znów mamusia z tatą musieli się pojawić w klinice, ale już szczęśliwi bo po mnie. Na miejscu dowiedzieli się ile nas jest, a dwoje z nas nawet pokazali im na telewizorze z mikroskopu – to takie coś co może pokazać to jest takie tyci tyci i ciężko byłoby zobaczyć bez tego urządzenia. Gdy już się pozachwycali widokiem nas na ekranie, mamusia się położyła, a my taką rurką – tym razem miękką – znaleźliśmy się w brzuszku u mamy. Ale było cieplutko i miło w środku. Tata z mamą byli razem, trzymali się za ręce i nie wiedząc czemu płakali uśmiechając się, chyba byli szczęśliwi. Niestety ale gdy kiedyś się obudziła nie było obok mnie już tego drugiego, nie wiem co się z nim stało. Mamusia bardzo uważała na nas, wylegiwała się, jadła same dobre rzeczy i znów ciągle połykała jakieś „dropsy” i wciskała sobie w brzuch jakieś cienkie rurki.

 

Niestety ale pewnego dnia zasnęłam, a mama trafiła do szpitala. I znów ludzie w białych fartuchach byli, mama spała, a oni grzebali u mamy w brzuchu.

Gdy mama się obudziła, była z tatą bardzo smutna, bo nie byłam już u mamy w brzuszku.

 

Potem ciągle płakali, martwili się, przestali wierzyć, że będą mnie mieli. Prę tygodni potem znów pojawili się po nas w klinice, po resztę nas. Znów 2 tygodnie się denerwowali i znów okazało się, że mnie nie będzie.

Do dziś często myślą o nas, których nie ma, o tych którzy musieli odejść. 

 

Lekarze mówili im, że to nie ma sensu, żeby zastanowili się nad innymi możliwościami, że może inny tatuś coś pomoże. Ale się uparli, że jeszcze raz spróbują, ten ostatni raz, bo więcej już nie będzie ich stać. Po 2 miesiącach znów postanowili pojawić się w klinice, znów od początku masę badań, spotkań z lekarzami, „dropsy”, zastrzyki, badania, by wreszcie znów mamusia musiała iść na to nudne spotkanie, na którym poprzednio zasnęła. I znów tata czekał w nerwach na mamę, i znów czekali długo potem na wiadomość czy wszystko dobrze, i znów czekali na telefon czy zadzwonią i powiedzą, że jest transfer o tej i o tej godzinie.

Zadzwonili, było nas tyko trzy i wiedząc o tym, że jest nas mniej niż poprzednio znów rodzice byli smutni.

 

Przyjechali po mnie ok. 10.00, najpierw spotkali się z lekarzem, a my na nich czekaliśmy w takim małym szklanym pudełeczku. Wreszcie ok. 10.30 zobaczyli nas, oczywiście na telewizorku, ślepoty jedne, ja tam ich dojrzałam nawet bez mikroskopu.

A już po parunastu minutach znów byłam pod serduszkiem mamusi. Wreszcie się pojawiliśmy znów u mamy w brzuszku. Znów było ciepło i miło, tak sobie leżeliśmy i zastanawialiśmy o czym będziemy ze sobą gadać, bo zapowiada się, że będziemy tu długo.

Z czasem jednak zostałam sama, ten drugi gdzieś znów przepadł.

Mama z tatą ciągle coś tam sprawdzali czy jestem, czy nic mi nie jest, jaka jestem duża itd.

 

Ciekawskie te dorosłe, jakby mogły to by pewnie się tam do mnie wcisnęli, a przecież ledwo dla mnie tu miejsca wystarczało. Gdy tak sobie leżałam często czułam jak mnie ktoś łaskocze, głaszcze i przytula. Często do mnie mówili, ale nie bardzo ich rozumiałam, wiecie – ciągle mamie w brzuchu jak nie coś burczało, szumiało, to jeszcze miałam wodę w uszach, więc nie dziwota, że mało co rozumiałam. Tak sobie leżałam prawie 9 miesięcy, by jak to wspomniałam na początku, niespodziewanie wyjść.

 

I tak pojawiłam się pewnego mroźnego słonecznego dnia. Jakiś pan w białym fartuchu wyciągnął mnie przez brzuch, brrrr………. ale było zimno, więc zaczęłam tłumaczyć, że marznę i żeby mnie przykryli, a Ci ojcu naopowiadali podobno potem, że jestem najgłośniejsza na oddziale.

Gdy nieśli mnie wreszcie do ciepłego pokoiku, bo nie mogłam z mamą od razu zostać, przez moment widziałam się z ojcem. Znów beksa ryczał, ale go przytuliłam i przez moment nawet nie marudziłam, że zimno. Fajny z niego facet, choć mazgaj. W ogóle wydaje mi się, że mam fajnych rodziców, z którymi będę robić co będę chciała. Jeszcze nie gadam po ichniemu, a już obiecali mi huśtawkę i basen na wiosnę, co będzie jak już zacznę naprawdę chcieć.

 

A teraz kończę, bo mama zrobiła mleko – ohyda, ale cóż zrobić, nic innego nie dają, potem się prześpię i pogadam z rodzicami, pewnie znów się będą mizdrzyć do mnie.

 

To jest moja historia, dziecka rodziców, którzy aby mieć mnie, Annę Różę, przeżyli lata cierpień związanych z leczeniem, poronieniami, nadziejami, szczęściem i tragediami. Dziś mają mnie, a ja mam ich, i nikt nam nie odbierze tej miłości, jaka daje nam być rodziną.

 

Pedro z córeczką Anią Rózyczką (poczętą dzięki in vitro)
Comments