Nasze historie‎ > ‎Nasze historie‎ > ‎

Sylwia - pamiętam, że szłam środkiem chodnika i płakałam. To był wyrok - nigdy nie będę mieć dziecka!

opublikowane: 7 paź 2009, 11:44 przez PaniJuti   [ zaktualizowane 7 paź 2009, 12:03 ]
Byliśmy młodym małżeństwem, mieliśmy zaledwie po 21 lat, ale z jednym - celem być ze sobą i mieć dzieci. Oczywiście staraliśmy się o dziecko od samego początku, mój instynkt macierzyński szalał. Po roku starań oboje stwierdziliśmy, że musimy iść do lekarza i się przebadać. Trafiliśmy do lekarza, który nie mia za bardzo wiedzy na temat niepłodności, zresztą rozmawiał z nami, jakby się czegoś wstydził. Zlecił mężowi badania nasienia.
Oczywiście je wykonał. Po wynik poszłam ja, ponieważ mąż był w pracy.

Nigdy nie zapomnę tego dnia. Najgorszy dzień mojego życia. Odebrałam kartkę z wynikami, pani poinformowała mnie, że jest strasznie żle i dzieci to my nigdy nie będziemy mieć.
 
Pamiętam, że szłam środkiem chodnika i strasznie płakałam. To był dla mnie jak wyrok. NIE BĘDĘ MIEĆ NIGDY DZIECKA!
To było straszne. Mąż wydzwaniał do mnie z pracy jakie są wyniki badań. Nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Gdy przyszedł, wyniki leżały na
stole zmięte, a ja zapłakana oglądałam swoje zdjęcia z dzieciństwa.
Spojrzał na mnie i poleciały mu łzy po policzkach. Nie potrafiłam wydusić nawet słowa.

Oczywiście zaczęły się słowa, że nie może być ze mną, odchodzi, mam sobie poukładać życie z kim innym i mam być szczęśliwa. Rozmawialiśmy ze sobą na ten temat rzadko. W sumie to prawie wcale.
A na dodatek pracowałam w sklepie z odzieżą i akcesoriami dla dzieci. Widok kobiety w ciąży był dla mnie strasznie bolesny. Dlaczego ona a nie ja?
 
Po paru miesiącach postanowiłam wrócić do tematu. Było to trudne dla mnie, ale raz się żyje. Przecież ze mną jest wszystko ok.Wyczytałam w internecie
o różnych sposobach na zajście w ciąże. Jeżdziliśmy od lekarza do lekarza. Byliśmy jak w jakiejś machinie. Nawet nie było czasu się zastanowić czy tak, czy nie - jeżdzilliśmy. Do tego mieliśmy doping ze strony rodziców. Oni rówież nam towarzyszyli, kiedy ich o to poprosiliśmy.

Po pięciu latach szukania odpowiedniego lekarza i kliniki trafiliśmy do znakomitego profesora "Aniołka" do Białegostoku. On jako jedyny nie owijał w bawełnę i powiedział że szansa na dziecko jest. On zaproponował inseminację domaciczną, lecz z nasienia dawcy. Byłam w szoku. Pan Profesor kazał nam się porządnie zastanowić. Wyszliśmy z gabinetu, spojrzałam na męża i powiedziałam ze łzami w oczach "NIE". Usiedliśmy na pobliskiej ławeczce i zaczęliśmy rozmawiać. Oczywiście mąż mnie strasznie namawiał. Ja miałam blokadę moralną. To było dla mnie jak zdrada, tylko taka bez współżycia, ale zdrada. Nie było o czym nawet mówić. Mąż strasznie mnie namawiał, że mamy szansę i żebyśmy ją wykorzystali, że przecież to będzie nasze dziecko i będziemy je kochać jak nikogo na świecie.
Płakaliśmy oboje. Wróciliśmy do domu. On nie odpuszczał, namawiał mnie do tego zabiegu. Ja przypomniałam sobie słowa profesora z gabinetu: " Zastanówcie się bardzo
dokładnie. Znam pary, które się rozeszły właśnie z tego powodu.Z czasem przy najbliższej kłótni wypominają sobie, że to nie jego dziecko i się rozchodzą".
Mąż nie rezygnował. Powiedział mi, że mimo wszystko i tak będziemy razem i będziemy kochającą się rodziną.
Po 2 miesiącach zgodziłam się. Pojechaliśmy jeszcze raz do profesora na umówioną wizytę. Mieliśmy do pokonania ponad 500 kilometrów. Ta droga trwała dla nas wtedy wieczność. Zabieg miałam od razu. Wiedziałam, po prostu czułam, że nic z tego nie będzie. Kobieca intuicja.
Wróciliśmy do domu i odczekałam 3 tygodnie, zrobiłam test, oczywiście była jedna kreska. Nie było czasu na zastanawianie, zadzwoniłam, wyznaczyli mam następny termin zabiegu. Pojechaliśmy. Miałam mieszane uczucia, czułam tak pół na pół. I ta sama historia. Test wskazywał jedną kreskę.
Następny termin zabiegu miałam wyznaczony na 20 maja 2005 roku. Wiedziałam, że teraz to będzie to. Wszystko było inaczej. My bardziej wyluzowani, roześmiani w pociągu.
Poszliśmy do szpitala, zrobili mi badanie krwi na poziom hormonu i decyzja, że jeszcze musimy poczekać ze 2 dni, bo spóżnia się cykl. Potem jeszcze 2. Pęcherzyki nie chciały pęknąć jeszcze kolejne 2 dni. Wyznaczono nam termin zabiegu na 28 maja. Ja już chciałam wracać do domu, byłam załamana, choć wiedziałam, że warto. Zadzwoniłam do mamy i strasznie płakałam do słuchawki. Byłam w złej formie psychicznej. Aż w końcu doczekałam się tej daty. W poczekalni było 6 par czekających na zabieg. My byliśmy w kolejce trzecią oczekującą parą. Nadeszła nasza kolej, ale profesor kazał nam jeszcze czekać. Potem kolejna i kolejna. Zostaliśmy sami. Pięć godzin czekania. Miałam już dość.
Pielęgniarka poprosiła nas do gabinetu - "Wasza kolej" - powiedziała. Profesor wyjaśnił nam wszystko i powiedział, że jeżeli tym razem się nie uda, to wyznacza nam termin
zapłodnienia in vitro. W duszy wiedziałam, że nie będzie to potrzebne.
 
Poszłam do sali szpitalnej i zabieg się zaczął. Profesor poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że wszysko będzie w porządku.
Czekać.
Poprosił męża do sali, a ja leżałam z nogami do góry ok 30 minut. Po tym czasie wstałam i poszliśmy na pociąg do domu.
Pamiętam, że kiedy czekaliśmy tyle godzin w poczekalni na naszą kolej, mąż mój wyszedł przed szpital kupić coś do picia i ptaszek narobił na ramię.
Wiedziałam, że to na szczęście,  że teraz to będzie wszystko w porządku.
Wróciliśmy do domu.
Za dwa tygodnie zrobiłam test ciążowy, nie wytrzymałam, wstałam o 5 rano i zrobiłam go.
Zamknęłam oczy i czekałam ze łzami te 5 minut.
 
Pojawiały się 2 kreski na teście. Wskazywały, że jestem w ciąży.
 
Ze szczęścia nie mogłam uwierzyć. Łzy płynęły mi same po policzkach. Test położyłam na poduszce, obudziłam męża i powiedziałam: "Wstawaj tato". Odwrócił się w moją stronę i też
się rozpłakał.
Wreszcie los się do nas uśmiechnął. To był najwspanialszy dzień w moim życiu.

Dziś Wiktoria ma 3 latka i 9 miesięcy. I jest najukochańszym dzieckiem na świecie. Świata poza nią nie widzimy.

Także warto w życiu ryzykować i walczyć. Nie rozumiem tych wszystkich polityków i księży, którzy twierdzą, że to grzech. Czy grzechem jest kochać? Osądzi nas sam Bóg, a nie księża.
Dajcie i nam szanse na szczęśliwe życie.


Pozdrawiam - Sylwia, Wiktoria, Paweł.
Comments